Psychicznie dorastam do kwot jakie muszę wydać na ciuchy.
Nasz portfel już piszczy!
Ponownie uruchomiłem tablice i allegro, znajdując co raz to nowe rzeczy.
Lewemu udało się wyrwać całkiem zacny kombinezon Dainese rozm. 52. Sprawdziłem go na sobie, rozmiar ten sam. więc śmiało mogę zamawiać taki krój.
Za gówniarza biegałem w skórach i glanach dlatego teraz za skórami nie przepadam. Trochę mi ciąży i jest nie wygodna. Nastawiłem się psychicznie na tekstyl.
Sprawa prosta, wygodniejszy, łatwiej uprać, w niektórych kurtkach można chodzić na co dzień i jak wpadam do pracy to nie muszę ściągać z siebie kombiaka z gołego dupska jak pan w klubie nocnym.
Niestety, ciągłe naciski z zewnątrz na kupno skórzaka zaczynają być dołujące.Fakt, wygląda się w tym lepiej, ale mimo wszystko gdyby się zdarzyło, że kupię skórzany to kolejny jeszcze przed sezonem musi być tekstyl!
Wyszukałem fajną ofertę w ZST kombi firmy SHOEI, kurtka 52, spodnie 54 + buty Sidiki.
Wszystko w kolorze niebiesko czerwonym. Przymierzyłem , ale był już tak zmęczony i rozciągnięty, że odpuściłem. a samych butów nie chciał zawodnik sprzedać bo jest to komplet.
OK, szukamy dalej.
Zjawiłem się w Świętym w środku tygodnia pytając o jakieś fatałaszki. Od razu pytałem o coś w miarę jasnego (wiem, że to błąd) aby widać mnie było na ciemnej maszynie. Najbardziej w świecie uwielbiam połączenie czerni, bieli i czerwieni - zestawienie takie jest dla mnie odpowiednie do przyjęcia.
Pomarudziłem z godzinkę bo wybór mieli duży, no ale nie bardzo chciałem wydawać trzy tysie na starcie - jest to dla mojego bezpieczeństwa, wiem. Ale mimo wszystko używke w dobrym stanie można mieć za 50% tej ceny.
Wróciłem do domu.
Przejrzałem u nich na stronce tekstyle i skórzaki. Wpadła mi w oko cena oznaczona na czerwono - 1699zł za skórzany kombi Arlen Ness'a. Zaświtało, przeliczyłem, chyba sprawdzimy go jutro bezpośrednio na sobie. Pokazałem Moni, stwierdziła że będzie idealnie do mnie pasował. Mankamentem było to, że był to ostatni rozmiar... szczęście w nieszczęściu że było to 52.
Trzeba było się spieszyć bo lepsza okazja może się nie trafić.
Pojechałem na drugi dzień raz jeszcze. Na pewno mieli mnie już dość, no ale cóż. Klientów się nie wybiera, sami przyłażą.
Zdjęli mi kubrak z wieszaka. Podali do ręki - ciężki, tak jak się spodziewałem.
Świetny zapach nowej nie zaimpregnowanej skóry, zameczki chodzą jeszcze ciężko.
Kolor mocny bo połączenie bieli, czerwieni, czerni i trochę złotego - wydawało mi się, że nie bardzo taki Arlen odpowiada stylowi Gixa, ale po dłuższym na myślę i przyswajaniu swojej wizji wyglądu właśnie w tym kombiaku przyznam się, że mam w dupie jak tzw "parkingowi motocykliści" będą na to patrzeć i komentować. Z resztą nie kupuje go pod motocykl, tylko przy zmianie na wersje bardziej sportową i tak jest uniwersalny. Zważywszy na to, że nastawiłem się jeszcze przed sezonem na tekstyl.
Przymierzam, pasuje idealnie jak na moją atletyczną budowę (niski, szerokie plecy i uda) - zawsze był z ciuchami problem, ale nie tym razem.
Micha się cieszy jak dziecku z kinderniespodzianką. Dzwoni żonka i pyta czy się udało?
odpowiadam, że... rozmiar za mały, a innego nie mają, niestety i tym razem nie trafiłem.
Rozłączam się... :D
OCZYWIŚCIE, pakujemy Arlena, fakturka na przelew, wskakuje do auta i jadę do domu.
Będzie ubaw.
Wpadłem do domu trzymając w ręku na wieszaku nowy nabytek... z uśmiechem syknąłem "Żartowałem"
Monia też się ucieszyła, karząc natychmiast w to wskoczyć. Zadowolona.
Robi wrażenie... niestety poczeka kilka miesięcy w szafie bo do sezonu daleko. Chyba z niecierpliwości to będę w nim siedział wieczorami przed TV :)
PS - trzeba zakupić inne buty i czas na szukanie ciuchów dla młodej.
17 grudnia 2012
6 grudnia 2012
Egzamin cz.2 ... czyli jak pogoda może skutecznie spieprzyć dzień
Poranek. 6 grudnia 2012r.
Wydaję mi się, że opanowałem na tyle mocno praktykę, że zdam bez problemu.
Ale, ale Panie kochany - są pieprzone mikołajki więc chyba nie okażą się na tyle dużymi skurwielami jak ostatnio i zrobią prezent pokrzywdzonemu ostatnio bidolowi stargardzkiemu.
Za oknem ciemno, lekko wilgotno, temperatura około 2 stopni.
Uda się, uda bo musi!
Zarzuciłem śniadanie, poczekałem na Monie bo oprócz egzaminu miałem misję zawieść ją do pracy w Szczecinie.
Wpakowaliśmy się w auto ze wszystkimi potrzebnymi dodatkami jak ciuchy, pas na nerki, rękawice.
Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że dziś! właśnie dziś dopnę swego. Powietrze śmierdzi sukcesem.
Jedziemy... ale co jest? zaraz po wjeździe na Płonie zaczyna pruszyć śnieg...
Wolne żarty, chyba nie odwołają egzaminu.
Nie mam wyjścia jestem już 30km po za domem, zostało 20km.
Przed wjazdem na estakadę było już kompletnie biało, śnieg sypał przebrzydle niewspółmiernie do tego co mówili w TV.
STOP, długi korek, ciągnie się z kilometr. Gdzieś na końcu policyjne światła.
Myślę sobie "żesz w mordę kopanego jeża, jeszcze tylko tego brakowało".
Wypadek, nic poważnego, ale do celu jeszcze daleko, a czasu coraz mniej.
Złapałem za telefon, jak Monia poradziła - ostatnio była wyrocznią więc wolałem postępować jak radzi. Stojąc w korku zadzwoniłem do sekretariatu i mówie, że spóźnie się 10min bo jest wypadek i nie dojadę na 8:00 na Golisza.
Ona na to spokojnym głosem "Jeżeli nie ma Pan nic do roboty w Szczecinie to radze zawrócić, egzaminy od dnia dzisiejszego są już odwołane do marca".
Przeszło mi przez myśl, że chyba mnie robi ewidentnie w ciula, no ale ona jak ona. Chyba nie żartuje?!
Zdecydowałem się jednak pojechać do celu. Skonfrontowałem fizycznie wiadomość z tą samą Panią która to poradziła mi zadzwonić w marcu i dowiedzieć się kiedy mogę zdawać.
Po raz kolejny ze spuszczoną głową jak pies! jak kundel! poszedłem na faje i do samochodu.
W ciszy odwiozłem młodą do pracy i pojechałem na KFC, następnie do domu.
Kurewa mać! czy w roku 2013 będę musiał oszukiwać system sprawiedliwości, jeżdżąc przepisowo w mieście bo... nie mam pozwolenia na prowadzenie suzuczki ?
PS ... a Lewy już zdał... FUCK !
Wydaję mi się, że opanowałem na tyle mocno praktykę, że zdam bez problemu.
Ale, ale Panie kochany - są pieprzone mikołajki więc chyba nie okażą się na tyle dużymi skurwielami jak ostatnio i zrobią prezent pokrzywdzonemu ostatnio bidolowi stargardzkiemu.
Za oknem ciemno, lekko wilgotno, temperatura około 2 stopni.
Uda się, uda bo musi!
Zarzuciłem śniadanie, poczekałem na Monie bo oprócz egzaminu miałem misję zawieść ją do pracy w Szczecinie.
Wpakowaliśmy się w auto ze wszystkimi potrzebnymi dodatkami jak ciuchy, pas na nerki, rękawice.
Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że dziś! właśnie dziś dopnę swego. Powietrze śmierdzi sukcesem.
Jedziemy... ale co jest? zaraz po wjeździe na Płonie zaczyna pruszyć śnieg...
Wolne żarty, chyba nie odwołają egzaminu.
Nie mam wyjścia jestem już 30km po za domem, zostało 20km.
Przed wjazdem na estakadę było już kompletnie biało, śnieg sypał przebrzydle niewspółmiernie do tego co mówili w TV.
STOP, długi korek, ciągnie się z kilometr. Gdzieś na końcu policyjne światła.
Myślę sobie "żesz w mordę kopanego jeża, jeszcze tylko tego brakowało".
Wypadek, nic poważnego, ale do celu jeszcze daleko, a czasu coraz mniej.
Złapałem za telefon, jak Monia poradziła - ostatnio była wyrocznią więc wolałem postępować jak radzi. Stojąc w korku zadzwoniłem do sekretariatu i mówie, że spóźnie się 10min bo jest wypadek i nie dojadę na 8:00 na Golisza.
Ona na to spokojnym głosem "Jeżeli nie ma Pan nic do roboty w Szczecinie to radze zawrócić, egzaminy od dnia dzisiejszego są już odwołane do marca".
Przeszło mi przez myśl, że chyba mnie robi ewidentnie w ciula, no ale ona jak ona. Chyba nie żartuje?!
Zdecydowałem się jednak pojechać do celu. Skonfrontowałem fizycznie wiadomość z tą samą Panią która to poradziła mi zadzwonić w marcu i dowiedzieć się kiedy mogę zdawać.
Po raz kolejny ze spuszczoną głową jak pies! jak kundel! poszedłem na faje i do samochodu.
W ciszy odwiozłem młodą do pracy i pojechałem na KFC, następnie do domu.
Kurewa mać! czy w roku 2013 będę musiał oszukiwać system sprawiedliwości, jeżdżąc przepisowo w mieście bo... nie mam pozwolenia na prowadzenie suzuczki ?
PS ... a Lewy już zdał... FUCK !
3 grudnia 2012
Nowe butki
Jeździe w adidasach mówimy STOP. Przed drugim egzaminem chciałem dokonać przydatnego zakupu.
Padło na buty czyli decyzja o zakupie chociaż jakiegoś substytutu który będzie cieplejszy i sprawiał wrażenie bezpiecznych.
Wybór w sklepie BIKESTAR wypadł na produkt Polo Drive.
Typowe buty turystyczne, cena niewielka bo około 300zł.
Wzmocnienie palców, kostki, goleni i pięty - wydają się być bezpieczne.
Wygodne do jazdy jak i do chodzenia. Nawet w chłodne dni trzymają dobrze temperaturę. W lato pewnie będzie basen w środku, ale nie można zbyt wiele wymagać.
Pasują do różnych ubiorów. Kombi tekstyl lub skóra i jeansy.
Jestem zadowolony.
Padło na buty czyli decyzja o zakupie chociaż jakiegoś substytutu który będzie cieplejszy i sprawiał wrażenie bezpiecznych.
Wybór w sklepie BIKESTAR wypadł na produkt Polo Drive.
Typowe buty turystyczne, cena niewielka bo około 300zł.
Wzmocnienie palców, kostki, goleni i pięty - wydają się być bezpieczne.
Wygodne do jazdy jak i do chodzenia. Nawet w chłodne dni trzymają dobrze temperaturę. W lato pewnie będzie basen w środku, ale nie można zbyt wiele wymagać.
Pasują do różnych ubiorów. Kombi tekstyl lub skóra i jeansy.
Jestem zadowolony.
29 listopada 2012
Sub Zero
Przed kolejnym egzaminem przydało się pojeździć jeszcze po mieście i na placu.
Tak też, zrobiłem, 40min na placu, później ze Stargardu na Szczecin.
O 17stej nie było jeszcze tak zimno. Ubrany byłem totalnie na cebule, ale w momencie gdy wracałem około 22 do domu temperatura spadła blisko zera.
Zamarzałem, ale prułem do domu ponad 90km/h żeby tylko dojechać.
Szybkę miałem na pół uchyloną by móc coś widzieć, bo non stop parowała...
Zimne powietrze wdzierało się do środka i płynąc po policzkach i oczach wręcz parzyło!
Skostniały mi dłonie i całe nogi. Jak schodziłem z motocykla to ręce musiałem dosłownie odczepić od kierownicy. Natomiast one zostały zgięte w pozycji, jakbym trzymał kierownice. Nogi również zostały lekko ugięte. Wyglądałem jak dzwonnik z Notre Dame.
Wchodziłem po klatce jak gremlin z przykurczem.
Wejście do domu, wanna gorącej wody, ciepła herbata i spać.
EFEKT : zapalenie zatok i krtani -> tydzień zwolnienia + 3 tygodnie antybiotyków...
Tak też, zrobiłem, 40min na placu, później ze Stargardu na Szczecin.
O 17stej nie było jeszcze tak zimno. Ubrany byłem totalnie na cebule, ale w momencie gdy wracałem około 22 do domu temperatura spadła blisko zera.
Zamarzałem, ale prułem do domu ponad 90km/h żeby tylko dojechać.
Szybkę miałem na pół uchyloną by móc coś widzieć, bo non stop parowała...
Zimne powietrze wdzierało się do środka i płynąc po policzkach i oczach wręcz parzyło!
Skostniały mi dłonie i całe nogi. Jak schodziłem z motocykla to ręce musiałem dosłownie odczepić od kierownicy. Natomiast one zostały zgięte w pozycji, jakbym trzymał kierownice. Nogi również zostały lekko ugięte. Wyglądałem jak dzwonnik z Notre Dame.
Wchodziłem po klatce jak gremlin z przykurczem.
Wejście do domu, wanna gorącej wody, ciepła herbata i spać.
EFEKT : zapalenie zatok i krtani -> tydzień zwolnienia + 3 tygodnie antybiotyków...
Nauka nie poszła w las, ale zdrowie dostało po dupie.
17 listopada 2012
Egzamin cz.1 ... bo Monia miała rację
Zostałem umówiony z Lewym w końcu na egzamin!
długo trzeba było czekać, ale niestety gdy przyszło co do czego to...
Nie zdałem... nigdy o tym nie słyszałem, nigdy się z tym nie spotkałem i trafiło to właśnie na mnie.
Egzamin teoretyczny zdawałem na szczęście na starych zasadach bez problemu - żadnego stresu.
Później spokojnie poszedłem odczekać swoje, aby wywołali mnie na egzamin praktyczny.
Zaczyna się
Spotykam się z egzaminatorem, patrzy na mnie i mówi "Proszę przygotować się do egzaminu"
Stoję, czekam.
On pyta"Czy już?" ja na to "tak".
NAGLE Pada pytanie gwóźdź"a gdzie Pańskie okulary? bo wyraźnie mam napisane w dokumentach kod na okulary".
Zamurowało mnie, po prostu uszło ze mnie życie... specjalnie ich nie brałem bo parują jak jasna cholera w kasku przy okazji tych temperatur i to jeszcze w kominiarce. Z bólem serca mówię mu, że mam soczewki, ale żona jest na zewnątrz i da mi okulary za 2min.
Skwitował krótko : "Czy myśli Pan że ja mam czas czekać? inni kursanci muszą odbyć egzamin. Żegnam. Egzamin nie zaliczony".
Serce mało nie wyskoczyło mi z klaty. A jakbym tak najzwyczajniej po ludzku powiedział, że muszę usiąść na kibel to co? kazał by mi się zesrać w gacie w imię słuszności jego czasu oraz egzaminu ?!
Krzyknąłem żeby poczekał, gdy on chował sie do swojej kanciapy.
Nie miałem jak wyjść, więc pobiegłem tak jak wjeżdżają Lki, zadzwoniłem do żony, podjechała i dała mi okulary - akcja na ciśnieniu trwała dosłownie 5 min.
Wszystkie drzwi zamknięte, więc znów pobiegłem droga dla eLek tym razem pod prąd.
Znalazłem egzaminatora, który już miał następnego kursanta i zadyszany pokazuje mu okulary kaszląc i mówiąc, że już je mam, mogę przystąpić...
Słyszę "przykro mi, już zatwierdziłem w systemie".
Zacisnąłem pięść i mało go nie skatowałem, ale jedyne co mnie powstrzymało, to zarząd który mieścił się w tym samym budynku.
Wybiegłem z placu, wpadłem na pierwsze piętro gdzie były jedne drzwi otwierane elektronicznie.
Waliłem w nie jak opętany, wybiega kobieta i pyta ci się stało.
Po wyczerpującej opowieści powiedziała, że strasznie jej przykro ale "on już nacisnął i już nic nie da się zrobić".
Nadzieja umarła. Wracam jak zbity pies wkurwiony na cały świat myśląc o tym co powiedziała mi rano Monia : "na egzamin w soczewkach?. Ty zawsze jeździłeś w okularach, weź je ze sobą".
Jak widać nie zawsze, mogłem wziąć je do kieszeni, ale lęk przed wywrotką na motocyklu spowodował, iż odłożyłem je do auta.
Kolejny egzamin w Mikołajki, pocieszam się, że może zrobią mi prezent tego pieprzonego 6 grudnia!
Wyrywając resztkę włosów z głowy, wyzywając się od idiotów wracam pokonany przez system do domu.
Czasem Monia mądrze gada...
długo trzeba było czekać, ale niestety gdy przyszło co do czego to...
Nie zdałem... nigdy o tym nie słyszałem, nigdy się z tym nie spotkałem i trafiło to właśnie na mnie.
Egzamin teoretyczny zdawałem na szczęście na starych zasadach bez problemu - żadnego stresu.
Później spokojnie poszedłem odczekać swoje, aby wywołali mnie na egzamin praktyczny.
Zaczyna się
Spotykam się z egzaminatorem, patrzy na mnie i mówi "Proszę przygotować się do egzaminu"
Stoję, czekam.
On pyta"Czy już?" ja na to "tak".
NAGLE Pada pytanie gwóźdź"a gdzie Pańskie okulary? bo wyraźnie mam napisane w dokumentach kod na okulary".
Zamurowało mnie, po prostu uszło ze mnie życie... specjalnie ich nie brałem bo parują jak jasna cholera w kasku przy okazji tych temperatur i to jeszcze w kominiarce. Z bólem serca mówię mu, że mam soczewki, ale żona jest na zewnątrz i da mi okulary za 2min.
Skwitował krótko : "Czy myśli Pan że ja mam czas czekać? inni kursanci muszą odbyć egzamin. Żegnam. Egzamin nie zaliczony".
Serce mało nie wyskoczyło mi z klaty. A jakbym tak najzwyczajniej po ludzku powiedział, że muszę usiąść na kibel to co? kazał by mi się zesrać w gacie w imię słuszności jego czasu oraz egzaminu ?!
Krzyknąłem żeby poczekał, gdy on chował sie do swojej kanciapy.
Nie miałem jak wyjść, więc pobiegłem tak jak wjeżdżają Lki, zadzwoniłem do żony, podjechała i dała mi okulary - akcja na ciśnieniu trwała dosłownie 5 min.
Wszystkie drzwi zamknięte, więc znów pobiegłem droga dla eLek tym razem pod prąd.
Znalazłem egzaminatora, który już miał następnego kursanta i zadyszany pokazuje mu okulary kaszląc i mówiąc, że już je mam, mogę przystąpić...
Słyszę "przykro mi, już zatwierdziłem w systemie".
Zacisnąłem pięść i mało go nie skatowałem, ale jedyne co mnie powstrzymało, to zarząd który mieścił się w tym samym budynku.
Wybiegłem z placu, wpadłem na pierwsze piętro gdzie były jedne drzwi otwierane elektronicznie.
Waliłem w nie jak opętany, wybiega kobieta i pyta ci się stało.
Po wyczerpującej opowieści powiedziała, że strasznie jej przykro ale "on już nacisnął i już nic nie da się zrobić".
Nadzieja umarła. Wracam jak zbity pies wkurwiony na cały świat myśląc o tym co powiedziała mi rano Monia : "na egzamin w soczewkach?. Ty zawsze jeździłeś w okularach, weź je ze sobą".
Jak widać nie zawsze, mogłem wziąć je do kieszeni, ale lęk przed wywrotką na motocyklu spowodował, iż odłożyłem je do auta.
Kolejny egzamin w Mikołajki, pocieszam się, że może zrobią mi prezent tego pieprzonego 6 grudnia!
Wyrywając resztkę włosów z głowy, wyzywając się od idiotów wracam pokonany przez system do domu.
Czasem Monia mądrze gada...
4 listopada 2012
Lewego przygód kilka, czyli jak znaleźliśmy SV650
A oto przygód kilka wróbla ćwirka.
Mój kompan Lewy nie miał jeszcze na czym pośmigać, a pogoda jeszcze dawała się dobrze we znaki więc też intensywnie szukał sprzętu.
Zanim cokolwiek znalazł nalegałem, żeby przejechał się na Gixie.Uczył pokory - udało się.
W miejscu gdzie odbierałem motocykl - Morzyczyn - Lewy zebrał się na odwagę i poleciał bardzo krótką trasę (po jednej dziurawej ulicy).
Trochę się przeraził, a wcale mu się nie dziwie. Jak już pisałem, za pierwszym razem można napełnić rajty po brzegi.
Później dołączyła do niego Anita, po krótkiej trasie stwierdził jednoznacznie, że musi mieć szybko motocykl.
Nie minęła doba, telefon, odbieram.
Słysze Michała :" co robisz jutro bo zajebistą SVke znalazłem pod Gryfinem"
Umówmy się, co ja mogę robić w niedziele... no nic.
Z żoneczkami wystartowaliśmy rano na miejsce spotkania - wiocha za Gryfinem.
Jechaliśmy rozmawiając tylko o motocyklach i tylko z Michałem. Żony siedziały z tyłu cicho. Każdy miał dobry humor więc trasa się nie dłużyła.
Drogi nie są idealnie oznakowane więc troszkę pobłądziliśmy, stanęliśmy w jednej z miejscowości aby zapytać tubylca o drogę.
Widzę zawodnika po 50tce, obranego w koszule flanelową i dresy. Kosił trawę bardzo starannie i powoli, nikogo innego nie było więc obrałem cel, zarzucam szybę w dół i pytam którędy mamy jechać.
I to co zobaczyłem było przynajmniej na poziomie przerażającym (wizualnie, bo nie da się tego opisać).
Typ obrócił się do mnie przodem, wytrzeszczając gały. Nic nie mówił, poprostu patrzał się na mnie.
W środku zapadła nie naganna cisza, wszystkich zamurowało, po czym jak na akcji z dobrego horroru powolutku zaczął się obracać. Najpierw głowę, potem tułów i odszedł w stronę domu.
Cisza, spokój, las i ćwierkające ptaki.
Długo nie czekając zamknąłem szybę i pognaliśmy dalej komentując sytuację.
Mina tego gościa, bezcenna!
Polecieliśmy dalej, krążąc. Znaleźliśmy drogę i miejscowość.
Dzwonimy do drzwi domku trochę zdewastowanego. Z tyłu widać kawałek pola a na nim żywy inwentarz. Wychodzi starszy pan z dużym brzuchem i jakiś małolat.Zaprowadzili nas do garażu, lub coś garażopodobnego.
Wyciągneli "trupa" SV pomalowana na żółto jakąś badziewną farbą, cała obdrapana, stacyjka nie chciała się przekręcić.
Odpalamy go po dłuższej męczarni, chodzi równo, ale stuka coś jakby pod deklem skrzyni biegów.Michał rozgrzany emocjami, że to wogóle działa. Ja zimny skurwielec czekam na reakcje (jakbym nie miał swojego w garażu pewnie też bym tak reagował).
Jazda próbna, kilka dotknięć, sprawdzeń, wymiana zdań.
Wsiadamy do auta, chwila ciszy - czas na rozmowę :)
Motocykl sam w sobie, może nie ten ale ogólnie SV jest ekstra. Ale akurat ze względu na niby niską cenę i tego obdrapusa musiałem Lewemu wyperswadować z głowy sfinalizowanie transakcji z tymi ludźmi.
Nie był zadowolony i wcale mu się nie dziwie - chciał już jeździć.
Skąpy i niecierpliwy płacą podwójnie. Opłacało się poczekać kilka godzin, bo zaraz znaleźliśmy nr do kobiety która chciała taką samą SVke sprzedać całkiem nie daleko Stargardu w stronę gdzie kupiłem Gixa.
Umówieni na dzień kolejny, pojechaliśmy na oględziny.
Miejsce trafiło się szczęśliwe, tak jak moje. Mili młodzi ludzie, kobieta prawie SV nie używała bo... nie umiała skręcać :)
Motocykl ciut droższy, ale w stanie prawie jak ze sklepu. Ten ruch był naświetlony pozytywną energią.
Wiedzieliśmy jak to się skończy... Dzień kolejny - stacja diagnostyczna, wymiana floty za sprzęt, odstawienie do garażu.
Komplet już mamy, chyba w końcu czas na prawko i ciuchy.
Mój kompan Lewy nie miał jeszcze na czym pośmigać, a pogoda jeszcze dawała się dobrze we znaki więc też intensywnie szukał sprzętu.
Zanim cokolwiek znalazł nalegałem, żeby przejechał się na Gixie.Uczył pokory - udało się.
W miejscu gdzie odbierałem motocykl - Morzyczyn - Lewy zebrał się na odwagę i poleciał bardzo krótką trasę (po jednej dziurawej ulicy).
Trochę się przeraził, a wcale mu się nie dziwie. Jak już pisałem, za pierwszym razem można napełnić rajty po brzegi.
Później dołączyła do niego Anita, po krótkiej trasie stwierdził jednoznacznie, że musi mieć szybko motocykl.
Nie minęła doba, telefon, odbieram.
Słysze Michała :" co robisz jutro bo zajebistą SVke znalazłem pod Gryfinem"
Umówmy się, co ja mogę robić w niedziele... no nic.
Z żoneczkami wystartowaliśmy rano na miejsce spotkania - wiocha za Gryfinem.
Jechaliśmy rozmawiając tylko o motocyklach i tylko z Michałem. Żony siedziały z tyłu cicho. Każdy miał dobry humor więc trasa się nie dłużyła.
Drogi nie są idealnie oznakowane więc troszkę pobłądziliśmy, stanęliśmy w jednej z miejscowości aby zapytać tubylca o drogę.
Widzę zawodnika po 50tce, obranego w koszule flanelową i dresy. Kosił trawę bardzo starannie i powoli, nikogo innego nie było więc obrałem cel, zarzucam szybę w dół i pytam którędy mamy jechać.
I to co zobaczyłem było przynajmniej na poziomie przerażającym (wizualnie, bo nie da się tego opisać).
Typ obrócił się do mnie przodem, wytrzeszczając gały. Nic nie mówił, poprostu patrzał się na mnie.
W środku zapadła nie naganna cisza, wszystkich zamurowało, po czym jak na akcji z dobrego horroru powolutku zaczął się obracać. Najpierw głowę, potem tułów i odszedł w stronę domu.
Cisza, spokój, las i ćwierkające ptaki.
Długo nie czekając zamknąłem szybę i pognaliśmy dalej komentując sytuację.
Mina tego gościa, bezcenna!
Polecieliśmy dalej, krążąc. Znaleźliśmy drogę i miejscowość.
Dzwonimy do drzwi domku trochę zdewastowanego. Z tyłu widać kawałek pola a na nim żywy inwentarz. Wychodzi starszy pan z dużym brzuchem i jakiś małolat.Zaprowadzili nas do garażu, lub coś garażopodobnego.
Wyciągneli "trupa" SV pomalowana na żółto jakąś badziewną farbą, cała obdrapana, stacyjka nie chciała się przekręcić.
Odpalamy go po dłuższej męczarni, chodzi równo, ale stuka coś jakby pod deklem skrzyni biegów.Michał rozgrzany emocjami, że to wogóle działa. Ja zimny skurwielec czekam na reakcje (jakbym nie miał swojego w garażu pewnie też bym tak reagował).
Jazda próbna, kilka dotknięć, sprawdzeń, wymiana zdań.
Wsiadamy do auta, chwila ciszy - czas na rozmowę :)
Motocykl sam w sobie, może nie ten ale ogólnie SV jest ekstra. Ale akurat ze względu na niby niską cenę i tego obdrapusa musiałem Lewemu wyperswadować z głowy sfinalizowanie transakcji z tymi ludźmi.
Nie był zadowolony i wcale mu się nie dziwie - chciał już jeździć.
Skąpy i niecierpliwy płacą podwójnie. Opłacało się poczekać kilka godzin, bo zaraz znaleźliśmy nr do kobiety która chciała taką samą SVke sprzedać całkiem nie daleko Stargardu w stronę gdzie kupiłem Gixa.
Umówieni na dzień kolejny, pojechaliśmy na oględziny.
Miejsce trafiło się szczęśliwe, tak jak moje. Mili młodzi ludzie, kobieta prawie SV nie używała bo... nie umiała skręcać :)
Motocykl ciut droższy, ale w stanie prawie jak ze sklepu. Ten ruch był naświetlony pozytywną energią.
Wiedzieliśmy jak to się skończy... Dzień kolejny - stacja diagnostyczna, wymiana floty za sprzęt, odstawienie do garażu.
Komplet już mamy, chyba w końcu czas na prawko i ciuchy.
31 października 2012
Suzuki GSX750F na obrotach - pierwsze podrygi
Ostatnimi czasy troszkę polatałem na terenie starego lotniska obok Stargardu Szczecińskiego.
Pas jest bardzo długi na szerokość chyba 6 pasów jezdni, więc naprawdę bardzo przyjemnie.
:) Są tam organizowane zloty i car-party.
Dojechaliśmy tam we dwoje, tzn Monia autem, ja motocyklem.
Stanęliśmy na samym końcu pasa. Po papierosku, zrobiłem samotnie kilka rund.
Problemem są jednak odłamki gruzu, piachu i stare opony które leżą na pasie.
Poradziłem sobie robiąc z nich przeszkody na slalom.
Główka pracuje.
Staram się ogarnąć manewry różnego rodzaju, przy jeździe szybszej, wolnej, podczas zmiany biegów na zakrętach lub wejścia i zmiany kierunków podczas wąskich skrętów.
Musze dopracować jeszcze przeciwskręty i przyzwyczaić się do prędkości bo 140 już robi duże wrażenie.
Na wszystko przyjdzie czas.
Udało mi się również namówić żonkę na przejażdżkę po mieście.
Pierwszym krokiem oczywiście było przygotowanie Moni do płynności jazdy motocyklem, ruchów, bezwładności oraz prędkości. Gix na szczęście jest dla niej wygodny a jego budowa i silnik wybacza mi, jako początkującemu błędy odejmowania gazu, żona znosiła to gorzej, ale niestety.
Przyzwyczaić się musiała, co lepsze, że nie marudziła i całkiem jej się podobało. Nie ma blokad po wypadku który był około 2 lata temu (uderzyli z kierowcą motocyklem w sarne, wylądowała w szpitalu w kaftanie).
Na mieście jak to na mieście, trochę ruchu, więcej szarpania, stawanie na światłach no i start w zakręt z pasażerem - jeszcze ciężko to idzie.
Zakończyliśmy gdy zaczęło się ściemniać.
Przesiadka do auta i powrót do domu.
Pas jest bardzo długi na szerokość chyba 6 pasów jezdni, więc naprawdę bardzo przyjemnie.
:) Są tam organizowane zloty i car-party.
Dojechaliśmy tam we dwoje, tzn Monia autem, ja motocyklem.
Stanęliśmy na samym końcu pasa. Po papierosku, zrobiłem samotnie kilka rund.
Problemem są jednak odłamki gruzu, piachu i stare opony które leżą na pasie.
Poradziłem sobie robiąc z nich przeszkody na slalom.
Główka pracuje.
Staram się ogarnąć manewry różnego rodzaju, przy jeździe szybszej, wolnej, podczas zmiany biegów na zakrętach lub wejścia i zmiany kierunków podczas wąskich skrętów.
Musze dopracować jeszcze przeciwskręty i przyzwyczaić się do prędkości bo 140 już robi duże wrażenie.
Na wszystko przyjdzie czas.
Udało mi się również namówić żonkę na przejażdżkę po mieście.
Pierwszym krokiem oczywiście było przygotowanie Moni do płynności jazdy motocyklem, ruchów, bezwładności oraz prędkości. Gix na szczęście jest dla niej wygodny a jego budowa i silnik wybacza mi, jako początkującemu błędy odejmowania gazu, żona znosiła to gorzej, ale niestety.
Przyzwyczaić się musiała, co lepsze, że nie marudziła i całkiem jej się podobało. Nie ma blokad po wypadku który był około 2 lata temu (uderzyli z kierowcą motocyklem w sarne, wylądowała w szpitalu w kaftanie).
Na mieście jak to na mieście, trochę ruchu, więcej szarpania, stawanie na światłach no i start w zakręt z pasażerem - jeszcze ciężko to idzie.
Zakończyliśmy gdy zaczęło się ściemniać.
Przesiadka do auta i powrót do domu.
19 października 2012
Stało się! Sprzęt w garażu
Udało się,
od dłuższego czasu starałem się wybrać motocykl typowo pod podróże, wygodny, dwuosobowy z miejscem na bagaże. W grę wchodziły różne maszyny, ale uwagę moją najbardziej przykuwały gixy (GSX F lub R)
Skupiłem się na nich i przeglądałem przeróżne możliwe sztuki.
Allegro i tablica było okupowane przez mnie 24h.
Cały rynek zachodniopomorski już znałem i.. znalazłem.
Jest, oto moje ciemno szare cacko - SUZUKI GSX750F
Rocznik 2002r. dokładnie jak na zdjęciu, ładny, zgrabny, duży silnik. stabilny i ciężki. Chyba tak jak sobie to z żonką wymarzyliśmy, czas pojechać i zobaczyć.
Dotarliśmy do Żarowa, dosłownie kilka km od domu. Zadzwoniłem do sprzedającego, miły człowiek otworzył bramę, wpuścił nas do garażu, pokazał cacko.
Wyciągnęliśmy gixa na zewnątrz i odpaliliśmy - brzmi pięknie.
Zero stuków, silnik chodzi równo, manetka reaguje na minimalne dotknięcie, opony wydają się wytrzymać jeszcze jeden sezon. Tabliczka na ramie przymocowana oryginalnymi nitami. Przetarte prawe lusterko i crashpad, pewnie upadek parkingowy.
Siadamy dla sprawdzenia komfortu. Ja pozycja wyprostowana, żona z tyłu z duża ilością miejsca przytulona do mnie - mówi , że wygodnie.Wierze jej :)
Nabrałem do niego dużego respektu, Ciężki 230kg, mocny wygląd, zadbany bez zbędnych dodatków - jedyne zmiany to crashpady oraz czarna szyba.
Napaliłem się bo 2 dni później tj 17/10/2012r. powrót na miejsce.
Pierwsza przejażdżka - bałem się. Wcześniej na nauce jazdy śmigałem tylko na 250tce.
Ubrany w miarę normalnie + ochraniacze do downhillu. Dupy nie urwa, ale zawsze to jakaś ochrona.
Kominiarka, kask, rękawiczki i lecimy. Czuje, że łapy spocone, nogi coraz mniej stabilne.
Wsiadłem, poczułem ciężar i gabaryt, ruszyłem drogą polną do ulicy.
Wjazd na asfalt, duży promień skrętu, mało stabilny przy malutkich prędkościach - błędy poczatkującego.
Manetka w dół i... JA PIERDOLE mało się nie posikałem. Nie zauważyłem kiedy było 110km/h na blacie... diabeł, wcielony diabeł!
Takie prędkości w aucie to nic, w porównaniu z tym czego doświadczyłem.
Czułem się jak 12latek który zjeżdża z górki na rowerze. Świat należał do mnie.
Po kilkuset metrach prób manewrów skręciłem w lewo i napotkałem stado krów które na mnie biegły, więc szybko starałem się wymanewrować maszynę aby zawrócić... trochę to zajęło.
Powrót na asfalt, odepchnięcie, manetka w dół i ... znów "miałem" pełne gacie.
Wróciłem do obecnego właściciela. Zszedłem na nogach jak z waty. Uśmiechnąłem się... a ten uśmiech zniknąć nie chciał.
Żona Moniczka już wiedziała co się święci.... zakup już teoretycznie został sfinalizowany.
Zaproszeni do środka usiedliśmy w ładnym domu, przygotowaliśmy dokumenty do spisania.
Porozmawialiśmy z tym człowiekiem wydawał się bardzo przyjazny... jak na egzaminatora kat.B :)
Podpisaliśmy umowy, zostawiłem gotówkę, wyszliśmy.
Spojrzeliśmy na siebie, potem na gixa i juz wszystko było jasne - czas zabrać to cudo w bezpiecznie miejsce...
PS Żyłczaski, dzięki za użyczenie garażu.
LWG
od dłuższego czasu starałem się wybrać motocykl typowo pod podróże, wygodny, dwuosobowy z miejscem na bagaże. W grę wchodziły różne maszyny, ale uwagę moją najbardziej przykuwały gixy (GSX F lub R)
Skupiłem się na nich i przeglądałem przeróżne możliwe sztuki.
Allegro i tablica było okupowane przez mnie 24h.
Cały rynek zachodniopomorski już znałem i.. znalazłem.
Jest, oto moje ciemno szare cacko - SUZUKI GSX750F
Rocznik 2002r. dokładnie jak na zdjęciu, ładny, zgrabny, duży silnik. stabilny i ciężki. Chyba tak jak sobie to z żonką wymarzyliśmy, czas pojechać i zobaczyć.
Podstawowe dane techniczne (specyfikacja):
silnik:
Rzędowy czterocylindrowy
poj.
750 ccm
moc
91.32 KM (66.7 kW)) przy 10500 RPM
moment obr.
67.00 Nm (6.8 kgf-m or 49.4 ft.lbs) przy 9500 RPM
skrzynia biegow
6 biegowa
Wymiary:
Dług/szer/wys:
2,140 / 760 / 1,190 mm
rozstaw osi
1,465 mm
wys. siedzenia
790 mm
Osiągi: V-max
B.D.
Dotarliśmy do Żarowa, dosłownie kilka km od domu. Zadzwoniłem do sprzedającego, miły człowiek otworzył bramę, wpuścił nas do garażu, pokazał cacko.
Wyciągnęliśmy gixa na zewnątrz i odpaliliśmy - brzmi pięknie.
Zero stuków, silnik chodzi równo, manetka reaguje na minimalne dotknięcie, opony wydają się wytrzymać jeszcze jeden sezon. Tabliczka na ramie przymocowana oryginalnymi nitami. Przetarte prawe lusterko i crashpad, pewnie upadek parkingowy.
Siadamy dla sprawdzenia komfortu. Ja pozycja wyprostowana, żona z tyłu z duża ilością miejsca przytulona do mnie - mówi , że wygodnie.Wierze jej :)
Nabrałem do niego dużego respektu, Ciężki 230kg, mocny wygląd, zadbany bez zbędnych dodatków - jedyne zmiany to crashpady oraz czarna szyba.
Czas wrócić do domu i przemyśleć.
Napaliłem się bo 2 dni później tj 17/10/2012r. powrót na miejsce.
Pierwsza przejażdżka - bałem się. Wcześniej na nauce jazdy śmigałem tylko na 250tce.
Ubrany w miarę normalnie + ochraniacze do downhillu. Dupy nie urwa, ale zawsze to jakaś ochrona.
Kominiarka, kask, rękawiczki i lecimy. Czuje, że łapy spocone, nogi coraz mniej stabilne.
Wsiadłem, poczułem ciężar i gabaryt, ruszyłem drogą polną do ulicy.
Wjazd na asfalt, duży promień skrętu, mało stabilny przy malutkich prędkościach - błędy poczatkującego.
Manetka w dół i... JA PIERDOLE mało się nie posikałem. Nie zauważyłem kiedy było 110km/h na blacie... diabeł, wcielony diabeł!
Takie prędkości w aucie to nic, w porównaniu z tym czego doświadczyłem.
Czułem się jak 12latek który zjeżdża z górki na rowerze. Świat należał do mnie.
Po kilkuset metrach prób manewrów skręciłem w lewo i napotkałem stado krów które na mnie biegły, więc szybko starałem się wymanewrować maszynę aby zawrócić... trochę to zajęło.
Powrót na asfalt, odepchnięcie, manetka w dół i ... znów "miałem" pełne gacie.
Wróciłem do obecnego właściciela. Zszedłem na nogach jak z waty. Uśmiechnąłem się... a ten uśmiech zniknąć nie chciał.
Żona Moniczka już wiedziała co się święci.... zakup już teoretycznie został sfinalizowany.
Zaproszeni do środka usiedliśmy w ładnym domu, przygotowaliśmy dokumenty do spisania.
Porozmawialiśmy z tym człowiekiem wydawał się bardzo przyjazny... jak na egzaminatora kat.B :)
Podpisaliśmy umowy, zostawiłem gotówkę, wyszliśmy.
Spojrzeliśmy na siebie, potem na gixa i juz wszystko było jasne - czas zabrać to cudo w bezpiecznie miejsce...
PS Żyłczaski, dzięki za użyczenie garażu.
LWG
16 października 2012
Ofiara przedniego koła
Nauka jazdy na motocyklu - niebywała zabawa!
Zalecam każdemu chociaż wypróbować.
Niestety, jest październik, jeszcze ciepło w ciągu dnia, chociaż wieczorny chłód przeszywa ciało podczas podróż po miejskiej dżungli.
Co prawda sama adrenalina grzeje odpowiednio niczym niedźwiedzia skóra, no ale ciuchy w których jestem to zwykła kurtka alaska, spodnie bojówki no i to co sobie sam kupiłem + oczywiście jakieś ochraniacze rowerowe, które dostałem ze szkoły. WOW.
Początki nie były szczególnie trudne. Sprawdzanie czynności przed ruszeniem, przesunięcie motocykla, pierwszy bieg, ruszamy do przodu.
Po kilku razach jazdy prosto mogłem w końcu wrzucić bieg drugi, w kolejności trzeci - nie więcej :) 40km/h przerażająca prędkość.
Miło.
Ósemka, szału nie robi, chociaż strasznie nie podoba mi się nawierzchnia na jakiej jest wynajęty plac.
Praktycznie jest to kawałek nierówno położonych płyt po której skacze motocykl.
Wydaje mi się to niebezpieczne, ale jak stwierdził mój instruktor "jeszcze nikt się tu nie zabił"
Skoro tak? to w porządku :)
Robię ósemeczki, któryś raz z kolei, wydaje mi się , że opanowałem. Więc dla odmiany wyjeżdżam zrobić sobie krótką przejażdżkę na wprost bo zamkniętym terenie.
Fajnie.
Zaraz obok mojego placu jest miejsce na łuk dla samochodów osobowych, ktoś wjeżdża i tam trenuje. Nie przeszkadza mi to.
Wracam i znów to samo.
Motocykl na linie, sprawdzić czynności, przesunąć, upewnić się czy mogę ruszać.
Wjeżdżam na ósemke, wykonuję jedną póżniej drugą.
Ale co się dzieje? w miejscu łączenia płyty był uskok o wysokości około 8cm.
Gdy zjeżdżałem ze skręconym kołem, motocykl jakby wyślizgnął mi sie z pod nóg, ja natomiast zamiast nacisnąć spokojnie hamulce, w efekcie odbiłem dźwignie, pociągnąłem manetkę w dół....
Czas zwolnił, wszystko stoi w miejscu, a po mojej głowie chodzi soczyste i jakże wymowne "KURWA, BĘDZIE BOLAŁO"
Czas przyspiesza, jeb - stało się.
Motocykl wyskoczył mi z pod dupska i poleciał w prost na instruktora, który oczywiście jak suberhero stał w miejscu pomiędzy łukiem i moją ósemką.
Nie wiem czy chciał ubezpieczać samochód żeby go nie uszkodzić? Czy też może chciał mnie ocalić?
Nie wiem.
Wiem jedno, przednie koło motocykla wjechało w nogi, stanęło na stopie.
Nogawka i jego but zwinęły się tak nie naturalnie, że oczami wyobraźni widziałem "Chłop ma po nodze, złamana".
Niewiele nie myśląc i jeszcze mniej mogąc dopadłem się do przedniego koła, wyrywając je z jego nogi. Patrzę na niego, on na mnie. Konsternacja.
Pytam jak noga, a on tylko "modliłem się do Boga, żeby wszystko było w porządku no i chyba jest".
Odetchnąłem.
Jedyne straty i obrażenia jaki zostały odniesione to jego but i podeszwa. Po prostu się rozkleił, chociaż na kolejnych jazdach wypomniane mi to zostało kilka razy. Bo przecież mój mentor w tych butach to z 5 lat chodził :) ale nie chciał abym mu je odkupił.
Co lepsze, kazał mi się uczyć na takich błędach i nie zrażać się na dalszych lekcjach gdyby znów coś takiego się zdarzyło.
Jedno doświadczenie więcej na garbie - nie panikuj. Pierwsza nauczka na przyszłość. Jeździmy dalej.
Zalecam każdemu chociaż wypróbować.
Niestety, jest październik, jeszcze ciepło w ciągu dnia, chociaż wieczorny chłód przeszywa ciało podczas podróż po miejskiej dżungli.
Co prawda sama adrenalina grzeje odpowiednio niczym niedźwiedzia skóra, no ale ciuchy w których jestem to zwykła kurtka alaska, spodnie bojówki no i to co sobie sam kupiłem + oczywiście jakieś ochraniacze rowerowe, które dostałem ze szkoły. WOW.
Początki nie były szczególnie trudne. Sprawdzanie czynności przed ruszeniem, przesunięcie motocykla, pierwszy bieg, ruszamy do przodu.
Po kilku razach jazdy prosto mogłem w końcu wrzucić bieg drugi, w kolejności trzeci - nie więcej :) 40km/h przerażająca prędkość.
Miło.
Ósemka, szału nie robi, chociaż strasznie nie podoba mi się nawierzchnia na jakiej jest wynajęty plac.
Praktycznie jest to kawałek nierówno położonych płyt po której skacze motocykl.
Wydaje mi się to niebezpieczne, ale jak stwierdził mój instruktor "jeszcze nikt się tu nie zabił"
Skoro tak? to w porządku :)
Robię ósemeczki, któryś raz z kolei, wydaje mi się , że opanowałem. Więc dla odmiany wyjeżdżam zrobić sobie krótką przejażdżkę na wprost bo zamkniętym terenie.
Fajnie.
Zaraz obok mojego placu jest miejsce na łuk dla samochodów osobowych, ktoś wjeżdża i tam trenuje. Nie przeszkadza mi to.
Wracam i znów to samo.
Motocykl na linie, sprawdzić czynności, przesunąć, upewnić się czy mogę ruszać.
Wjeżdżam na ósemke, wykonuję jedną póżniej drugą.
Ale co się dzieje? w miejscu łączenia płyty był uskok o wysokości około 8cm.
Gdy zjeżdżałem ze skręconym kołem, motocykl jakby wyślizgnął mi sie z pod nóg, ja natomiast zamiast nacisnąć spokojnie hamulce, w efekcie odbiłem dźwignie, pociągnąłem manetkę w dół....
Czas zwolnił, wszystko stoi w miejscu, a po mojej głowie chodzi soczyste i jakże wymowne "KURWA, BĘDZIE BOLAŁO"
Czas przyspiesza, jeb - stało się.
Motocykl wyskoczył mi z pod dupska i poleciał w prost na instruktora, który oczywiście jak suberhero stał w miejscu pomiędzy łukiem i moją ósemką.
Nie wiem czy chciał ubezpieczać samochód żeby go nie uszkodzić? Czy też może chciał mnie ocalić?
Nie wiem.
Wiem jedno, przednie koło motocykla wjechało w nogi, stanęło na stopie.
Nogawka i jego but zwinęły się tak nie naturalnie, że oczami wyobraźni widziałem "Chłop ma po nodze, złamana".
Niewiele nie myśląc i jeszcze mniej mogąc dopadłem się do przedniego koła, wyrywając je z jego nogi. Patrzę na niego, on na mnie. Konsternacja.
Pytam jak noga, a on tylko "modliłem się do Boga, żeby wszystko było w porządku no i chyba jest".
Odetchnąłem.
Jedyne straty i obrażenia jaki zostały odniesione to jego but i podeszwa. Po prostu się rozkleił, chociaż na kolejnych jazdach wypomniane mi to zostało kilka razy. Bo przecież mój mentor w tych butach to z 5 lat chodził :) ale nie chciał abym mu je odkupił.
Co lepsze, kazał mi się uczyć na takich błędach i nie zrażać się na dalszych lekcjach gdyby znów coś takiego się zdarzyło.
Jedno doświadczenie więcej na garbie - nie panikuj. Pierwsza nauczka na przyszłość. Jeździmy dalej.
12 października 2012
Studia życia, czyli wykładów początek.
Nigdy tak się jeszcze nie spieszyłem do szkoły (jazdy oczywiście) :)
Tak, tak - każdy początkujący kierowca może sobie przypomnieć tą nutkę podniecenia.
Geneza:
Najpierw praca, co chwile sprawdzam zegarek czy to już... dobiegła 15sta. Wypadam z budynku do samochodu, staruje do szkoły. Lewy (Michał) już czeka.
Wchodzimy do środka. Oczywiście najpierw wymiana kasa za dokumenty, materiały do nauki i skierowanie do lekarza.
Natura człowieka który wszędzie się spieszy nie pozostała dłużna, kopnęła nas w dupsko, aby od razu pojechać do lekarza - niestety. Zamknięte.
Na drugi dzień przyjechaliśmy również po pracy jak dnia poprzedniego do lekarza - milion ludzi w poczekalni.
Czekając na swoją kolejkę co chwile wypadamy na papierocha i rozmawiamy jak to będzie w przyszłości, gdzie pojedziemy, co mamy zamiar za sprzęt kupić. Niekończące się rzucanie marzeniami.
Ludzie którzy jeszcze nie mieli w ogóle prawka, (czyli 90% gapiów) zerkali na nas o czym my to wogóle rozmawiamy, jakie to sztuki tajemne chcem posiąść i cóż za bestie oswoić. Wydawało mi się jak cała przychodnia na nas patrzy jak na superbohaterów.... tak się tylko wydawało. Zapewne dla nich byliśmy zwykłymi głośnymi pionkami :)
Przyszedł czas na wejście.
Wpada on, wypada po 5 min... myślę sobie, że coś nie tak, więc wchodzę.
Siadam.
Pani zza wielkich okularów tylko rzuca pytania (bo po co sprawdzać/ badać):
zdrowy? wzrost? waga? pije pan? pali pan? wzrok dobry?
stwierdza jednoznacznie - chyba jest w porządku.
Trzask o stół plastikową pieczątką - znak, że z uwieńczeniem sukcesu można wracać do szkoły nauki jazdy.
Odwieźliśmy dokumenty i umówiliśmy się na teorie. Można było działać za godzinę, czyli praktycznie od razu, ale ze sprytem studenta doszliśmy do wniosku, że po co się męczyć jak mamy w garści od kilku lat prawko na kat.B.
Lewy szybko skwitował "na maturę się nie uczyłem, na studiach to samo więc na prawko drugi raz będę?
Porozmawialiśmy z wykładowcą jak sprawy się mają, oczywiście używając kilku mocnych argumentów o braku czasu bo praca, dom rodzina itd.
Udało się, podbił dokumenty - za 4 dni powrót na egzamin wewnętrzny.
Nie było lipy żeby oblać, każdy z nas się uczył bardzo dokładnie.
Test : Michał 0 błędów, ja natomiast 1 dopuszczalny.
Podsumowując : wynik pozytywny.
Podbicie karty, pozwolenie na praktykę - uśmiech na twarzach.
Jako, że kompan wyjeżdżał do Turcji, to praktykę miał rozpocząć ciut później.
Jeszcze tydzień dochodziłem do siebie jak to wszystko ogarnąć. Licząc, przewidując, pytając doświadczonych motocyklistów, czytając fora -> marzyłem.
Oczywiście nie pozostawiłem allegro i tablicy w spokoju, aby znaleźć swoje wymarzone sprzęcicho do jazdy.
Szukam maszyny, tej jedynej, pięknej i błyszczącej...
Tak, tak - każdy początkujący kierowca może sobie przypomnieć tą nutkę podniecenia.
Geneza:
Najpierw praca, co chwile sprawdzam zegarek czy to już... dobiegła 15sta. Wypadam z budynku do samochodu, staruje do szkoły. Lewy (Michał) już czeka.
Wchodzimy do środka. Oczywiście najpierw wymiana kasa za dokumenty, materiały do nauki i skierowanie do lekarza.
Natura człowieka który wszędzie się spieszy nie pozostała dłużna, kopnęła nas w dupsko, aby od razu pojechać do lekarza - niestety. Zamknięte.
Na drugi dzień przyjechaliśmy również po pracy jak dnia poprzedniego do lekarza - milion ludzi w poczekalni.
Czekając na swoją kolejkę co chwile wypadamy na papierocha i rozmawiamy jak to będzie w przyszłości, gdzie pojedziemy, co mamy zamiar za sprzęt kupić. Niekończące się rzucanie marzeniami.
Ludzie którzy jeszcze nie mieli w ogóle prawka, (czyli 90% gapiów) zerkali na nas o czym my to wogóle rozmawiamy, jakie to sztuki tajemne chcem posiąść i cóż za bestie oswoić. Wydawało mi się jak cała przychodnia na nas patrzy jak na superbohaterów.... tak się tylko wydawało. Zapewne dla nich byliśmy zwykłymi głośnymi pionkami :)
Przyszedł czas na wejście.
Wpada on, wypada po 5 min... myślę sobie, że coś nie tak, więc wchodzę.
Siadam.
Pani zza wielkich okularów tylko rzuca pytania (bo po co sprawdzać/ badać):
zdrowy? wzrost? waga? pije pan? pali pan? wzrok dobry?
stwierdza jednoznacznie - chyba jest w porządku.
Trzask o stół plastikową pieczątką - znak, że z uwieńczeniem sukcesu można wracać do szkoły nauki jazdy.
Odwieźliśmy dokumenty i umówiliśmy się na teorie. Można było działać za godzinę, czyli praktycznie od razu, ale ze sprytem studenta doszliśmy do wniosku, że po co się męczyć jak mamy w garści od kilku lat prawko na kat.B.
Lewy szybko skwitował "na maturę się nie uczyłem, na studiach to samo więc na prawko drugi raz będę?
Porozmawialiśmy z wykładowcą jak sprawy się mają, oczywiście używając kilku mocnych argumentów o braku czasu bo praca, dom rodzina itd.
Udało się, podbił dokumenty - za 4 dni powrót na egzamin wewnętrzny.
Nie było lipy żeby oblać, każdy z nas się uczył bardzo dokładnie.
Test : Michał 0 błędów, ja natomiast 1 dopuszczalny.
Podsumowując : wynik pozytywny.
Podbicie karty, pozwolenie na praktykę - uśmiech na twarzach.
Jako, że kompan wyjeżdżał do Turcji, to praktykę miał rozpocząć ciut później.
Jeszcze tydzień dochodziłem do siebie jak to wszystko ogarnąć. Licząc, przewidując, pytając doświadczonych motocyklistów, czytając fora -> marzyłem.
Oczywiście nie pozostawiłem allegro i tablicy w spokoju, aby znaleźć swoje wymarzone sprzęcicho do jazdy.
Szukam maszyny, tej jedynej, pięknej i błyszczącej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





