Był 20 kwietnia, gdy Monia wyszła ze szpitala po trzydniowej obserwacji. Odstawiłem ją do domu - wszystko było posprzątane, po zakupach i z jedzeniem w lodówce. Standard All Inclusive :)
Nikt nie powie, że siedzenie na oddziale cieszy i można tam wypocząć, dlatego też wróciła niesamowicie zmęczona i zmarnowana. Potrzebowała dużo odpoczynku. Mogłem skorzystać z okazji.
Jako, że była piękna pogoda, a wiedziałem, że sen zajmie jej minimum z 3 godzinki, około 15stej poszedłem do garażu na sprawdzenie i umycie maszyny.
Wypucowałem ją, ubrałem się w kombi i poleciałem w kilkukilometrową trasę w celu sprawdzenia i przyzwyczajenia się do jazdy jednośladem.
Udałem się na lotnisko porobić kilka slalomów i ósemek.
Minąłem w drodze motocyklistów i powitania znów spowodowały napływ euforii... tak jest - właśnie tak pachnie wiosna 2014 :)
Po dotarciu na pas startowy przy sprawdzaniu moto na prostej zrobiłem kilka szybszych zawrotów - i co mnie zdziwiło?
Coś piszczało podczas jazdy, podniosłem szybę by więcej słyszeć.
Nasłuchiwałem naprawdę intensywnie - wyszło na to, że podczas zamkniętego kasku stłumiony dźwięk pisku okazał się najzwyczajniej - śpiewem ptaków z pola :P
ALE, coś było nie tak, odczuwałem stukot na kierownicy - sprawdziłem i żaden ptak się nie wkręcił w koło:)
Stukot miał dziwne natężenie bicia, mianowicie podczas prędkości po prostej 60-100km/h powodował lekkie shimmy.
Sprawdziłem szarpanie na zakrętach, moto lekko wężykowało.
Bałem się, że to łożysko główki ramy więc podwyższyłem poziom ostrożności.
Wyjechałem na drogę w stronę szczecina, by sprawdzić jak zachowuje się na dobrej powierzchni - powyżej 100km/h było akceptowalnie. Mimo wszystko psychicznie już miałem blokadę.
Wróciłem do garażu.
Najpierw oparłem koło w rogu łączenia ścian i zacząłem szarpać kierownicą - nic się nie działo strasznego. Lekkie pukanie, ale bez luzów na kierownicy.
Wystawiłem moto na środek stawiając na centralnej stopce i z wyprostowaną kierownicą szarpałem za lagi.
Stukot nasilił się, dochodził z okolic przedniej ośki.
Z tego co mogłem zauważyć to na 95% rozpieprzyły się łożyska przedniej osi.
Wróciłem do domu, śledząc fora i oglądając propozycje i filmiki na youtube.
Zadzwoniłem do znajomego - potwierdził.
Dodatkową cenna uwagą było to, ażebym sprawdził, czy podczas jazdy koło przy osi się nie grzeje. W tym wypadku zabieg wymiany łożysk powinien mieć wysoki priorytet.
Nazajutrz pojechałem moto do pracy, po 11km sprawdziłem grzanie - nie było oznak i dało radę jeździć więc po pracy o 16stej ustawiłem się z Lewym i Dawidem na trasę około 200km.
Ze Stargardu z Lewym do Chociwla, tam zgarnialiśmy Dawida. Kierunek Węgorzyno oraz Drawsko. Cel osiągnięty.
Powrót już był trochę gorszy. Przed wyjazdem z Drawska chmury przekształciły się w złowrogie czarne pierzaste kłęby.
Doszliśmy do wniosku, że najzwyczajniej czas się pospieszyć. W Węgorzynie zaczęła się ulewa i wichura. Na stacji benzynowej zarzuciliśmy kominiarki i każdy podopinał zamki w kurtkach.
W trasie ciężko było utrzymać kierownice, tak mocno wiało. Musieliśmy jechać wolniej. Niebezpiecznym suplementem do tego stanu był fakt, że wszystkie TIRy jeździły w zawrotnym tempie, ponieważ był piątek... ostatni dzień kiedy w tygodniu mogą się poruszać.
Dawid wyrwał mocno do przodu razem z Lewym.
Ja natomiast zaraz za pierwszym rondem musiałem się zatrzymać na poboczu - wydawało mi się, że coś spadło mi na nogę.
Zerknąłem na plecak na baku, był otwarty - pierwsze co pomyślałem " Kurwa, portfel!"
Sprawdziłem natomiast zawartość plecaka, wszystko było OK, widocznie to tylko takie odczucie, jednak dzięki niemu, mogłem poprawić moją nie uwagę.
Zdążyło wyprzedzić kilka aut i 2 tiry... niestety.
Jazda za tirami skutkowała wielką ilością zrzutu w moim kierunku mokrego syfu z powierzchni jezdni. Śmierdziało im z wydechów niemiłosiernie.
Zapach drażnił nos, a w dodatku pogoda kompletnie nie pozwalała na wyprzedzenie, przy ich prędkości prawie 100km/h.
Jechałem cierpliwie z pokorą i myślą, że nie istotne jak mokry to jednak muszę wrócić cały. Wymijające pojazdy chlapały na mnie wodą i tworząc podmuch powodowały u mnie lęki. Na okrągło wycierałem szybę kasku. Wpadałem w kolejny... Pogoda była paskudna.
Dojechałem do Chociwla - tam czekał na mnie Lewy, zatrzymaliśmy się razem pod dachem nieczynnej już stacji benzynowej, po czym zakomunikował mi, że zawilgotniała mu elektryka... Moto traci obroty i gaśnie.
Po odczekaniu kilku minut i sprawdzeniu ekwipunku wskoczyliśmy na siodła i lecieliśmy.
Deszcz nie przestawał lać, na szczęście wiatr trochę się uspokoił.
SV jadąc przede mną miało nienaturalne odruchy . Szarpał, zwalniał lub jechał równo, nagle wystrzelał jak z procy do przodu to znów zwalniając... Dobrze, że nie tańcował piruetów.
Zachowałem większy odstęp - dojechaliśmy do Stargardu. Zmarznięci i przemoczeni. Wymieniliśmy szybko kilka uwag na temat jazdy i każdy rozjechał się do domu.
Jedyne o czym marzyłem to ciepła kąpiel i kubek gorącej kawy...
Tak tez uczyniłem, w podanej kolejności, po czym usiadłem przed kompem w celu zamówienia dekla i łożyska...
22 marca 2014
3 marca 2014
Przygotowania do motocyklowania 2014 cz.1
W dniu dzisiejszym zakończyłem pierwsze przygotowania do motocyklowania :)
Etapy pracy i wymiany dotyczyły tu większości podstaw,ale bez fajerwerków bo planuje przeżycie tego sezonu w trybie podstawowym w odniesieniu do motocykla, a tryb wysoce zaawansowany zostawiam dla rodziny.
Przed wczoraj wymieniłem olej i filtr. Troszkę to zajęło bo okazało się, że pas do filtra który pożyczyłem nie ma racji bytu ze względu na dojście. Problemem był kolektor wydechowy umieszczony w taki sposób aby zasłonić puszkę czyszczącą olej.
Pierwszy więc wyjazd po niezbędne artykuły przy pracy odbył się 30 min po walce z rozbiórką motocykla. Zabrakło typowego okrągłego klucza do filtra. Kierunek -> do Tomasa.
Po przyjeździe wyszedł kolejny brak, czyli zestaw lepszej jakości kluczy (przedłużki najbardziej) bez których jednak ciężko przychodzi odkręcanie spustowej nakrętki oleju jak i samego filtra. Dlatego też drugi wyjazd ukierunkowałem do Lewego.
Czas poświęcony na samą wymianę to ok. 30 min.
Dodatkowo założyłem nowy akumulator. Zima nie była łaskawa dla starej sztuki.
Przekręciłem kluczyk, zamknąłem obieg PSTRYK -> pali za pierwszym strzałem.
Maszyna zagadała. Przyjemny dźwięk. Już wyczuwam wiosnę.
Nie ubłaganie przyszedł czas na łańcuch. Napęd to prawdziwa walka i zjadacz czasu. Niektórym wydaje się to śmieszne, ale całość trwała prawie 6h.
Znajomy z pracy zaproponował mi, że po zmianie oleju mam do niego podjechać na wymianę napędu. Kupił zakuwarkę i za drobną opłatą doprowadzi napęd do porządku. Miało to swój sens.
Wystartowałem około 10:30 w sobotę (08/03). Przyjechałem do Menia, rozłożyliśmy moto, pogadaliśmy z jego ziomkami który buszowali już od rana w garażach. Nie wszyscy na trzeźwo. Niektórzy dopiero wyłazili z aut po ciężkich nockach chociażby dlatego, że.... po imprezie nie wiedzieli w sumie jak sie tu znaleźli :)
Owiewki na bok, dekiel również. Dużo syfu, ale co się dziwić gdy łańcuch jest tu chyba od nowości - nikt nie zmieniał przez cały przebieg, który nie jest wielki bo to około 30 tys KM.
Podczas mycia dekla, wyszedł problem, ponieważ po ściągnięciu zaślepki od ślimaka wysprzęglającego posypały się kulki. Ciężko znaleźć tego typu łożysko więc muszę zakupić najprawdopodobniej cały nowy dekiel. Temat został sprawdzony w sklepie i serwisie - brak dostępnej części. Pozostały portale z ogłoszeniami.
Łańcuch rozkuty za pomocą nowego nabytku.
Mogliśmy go przeciąć fleksem! Oczywiście, było by łatwiej. Niestety nowy garaż nie jest wyposażony w prąd.
Po łańcuchu przyszedł czas na ściągnięcie małej zębatki, koła i dużej zębatki - kilka zdjęć poniżej.
Czas na łańcuch oraz zębatki i koło oraz + czyszczenie elementów to około 2h.
Nowe zębatki wskoczyły na odpowiednie miejsca, włożyliśmy koło i zarzucilismy łańcuch.
Zakuwarka "zrobiła resztę". Dość precyzyjna robota w którą trzeba włożyć trochę siły. Poprawiliśmy naciąg.

Wszystko wydawało by się gotowe :) ... właśnie... wydawało by się.
Zrzuciliśmy moto z centralnej stopki, przekręcamy kluczyk - dziwne.
Brak lampek informacyjnych na panelu. W ogóle brak prądu. Przecież dopiero co zamontowałem nowiutki aku.
Zaczęliśmy sprawdzać wszystkie możliwości - bo przecież nikt z nas elektryki nie ruszał.
Meniu doszedł do wniosku że skoro nie ma prądu to albo bezpieczniki albo stacyjka. ZŁOŚLIWOŚĆ RZECZY MARTYWCH !! Cholera... tak nie może być.
Już miałem wsiadać na moto a tu takie akcje ? Szczególnie, że on na lekkim kacu i jeszcze zbliża się godzina obiadowa.
Bezpieczniki w puszce głównej sprawne. Kostki sprawdzone i nasmarowane.
Kombinowaliśmy, przekładaliśmy, sprawdzaliśmy multimetrem.
Padł pomysł, aby użyć drugiego kluczyka do moto ze względu na to, że ten mógł się wyrobić, lub nie przesuwał wszystkich zapadek... ewentualnie po prostu stacyjka się spaprała. Dziwiłem się, ze mogło się to stać tak nagle - ale nie dyskutowałem.
Pojechaliśmy po zapasowy klucz. Wróciliśmy, sprawdzamy - nie działa...
Po takim czasie każdy głodny, teraz nerwy - miało pójść gładko a tu przysłowiowy "chuj"!
Po prawie 2,5 h szukania, jeżdżenia, dzwonienia do elektryków, Meniu przypomniał sobie o jeszcze jednej kostce w której są bezpieczniki.
EUREKA! Tego nie sprawdzaliśmy - główny, pierwszy bloczek tylko z jednym 30A bezpiecznikiem...
JEST! Winowajca!
Spalony, aż miło. Z Andrzeja zeszły kolory złości i nagle rozweselił się rzucając wiązankami bluzgów na prawo i lewo :) ale chociaż z uśmiechem na ustach.
Zamieniliśmy bezpiecznik - złożyliśmy moto, sprawdziliśmy wszystkie śruby.
Jazda próbna - prędkość do max 60tki, co by nie rozpieprzyć nowego łańcucha.
Skrzętnie słuchałem odgłosów, sprawdzałem reakcje na dodanie i odejmowanie gazu... jest perfecto! Charakterystyczne "mlaskanie" łańcucha dało o sobie znać.
Będzie żył.
Na zakrętach i na prostych nie szarpie, nie rzuca. Teraz czuje się dużo pewniej.
Wróciłem do garażu, potwierdziłem dobre wykonanie roboty. Poprawiliśmy dla pewności śruby i dałem już mu spokój.
Po wczorajszym melanżu i dzisiejszej pracy był już wykończony. Ja również miałem serdecznie dość.
Szybka runda po mieście i do garażu...
Na dziś koniec...
Etapy pracy i wymiany dotyczyły tu większości podstaw,ale bez fajerwerków bo planuje przeżycie tego sezonu w trybie podstawowym w odniesieniu do motocykla, a tryb wysoce zaawansowany zostawiam dla rodziny.
Przed wczoraj wymieniłem olej i filtr. Troszkę to zajęło bo okazało się, że pas do filtra który pożyczyłem nie ma racji bytu ze względu na dojście. Problemem był kolektor wydechowy umieszczony w taki sposób aby zasłonić puszkę czyszczącą olej.
Pierwszy więc wyjazd po niezbędne artykuły przy pracy odbył się 30 min po walce z rozbiórką motocykla. Zabrakło typowego okrągłego klucza do filtra. Kierunek -> do Tomasa.
Po przyjeździe wyszedł kolejny brak, czyli zestaw lepszej jakości kluczy (przedłużki najbardziej) bez których jednak ciężko przychodzi odkręcanie spustowej nakrętki oleju jak i samego filtra. Dlatego też drugi wyjazd ukierunkowałem do Lewego.
Czas poświęcony na samą wymianę to ok. 30 min.
Dodatkowo założyłem nowy akumulator. Zima nie była łaskawa dla starej sztuki.
Przekręciłem kluczyk, zamknąłem obieg PSTRYK -> pali za pierwszym strzałem.
Maszyna zagadała. Przyjemny dźwięk. Już wyczuwam wiosnę.
Nie ubłaganie przyszedł czas na łańcuch. Napęd to prawdziwa walka i zjadacz czasu. Niektórym wydaje się to śmieszne, ale całość trwała prawie 6h.
Znajomy z pracy zaproponował mi, że po zmianie oleju mam do niego podjechać na wymianę napędu. Kupił zakuwarkę i za drobną opłatą doprowadzi napęd do porządku. Miało to swój sens.
Wystartowałem około 10:30 w sobotę (08/03). Przyjechałem do Menia, rozłożyliśmy moto, pogadaliśmy z jego ziomkami który buszowali już od rana w garażach. Nie wszyscy na trzeźwo. Niektórzy dopiero wyłazili z aut po ciężkich nockach chociażby dlatego, że.... po imprezie nie wiedzieli w sumie jak sie tu znaleźli :)
Owiewki na bok, dekiel również. Dużo syfu, ale co się dziwić gdy łańcuch jest tu chyba od nowości - nikt nie zmieniał przez cały przebieg, który nie jest wielki bo to około 30 tys KM.
Podczas mycia dekla, wyszedł problem, ponieważ po ściągnięciu zaślepki od ślimaka wysprzęglającego posypały się kulki. Ciężko znaleźć tego typu łożysko więc muszę zakupić najprawdopodobniej cały nowy dekiel. Temat został sprawdzony w sklepie i serwisie - brak dostępnej części. Pozostały portale z ogłoszeniami.
Łańcuch rozkuty za pomocą nowego nabytku.
Mogliśmy go przeciąć fleksem! Oczywiście, było by łatwiej. Niestety nowy garaż nie jest wyposażony w prąd.
Po łańcuchu przyszedł czas na ściągnięcie małej zębatki, koła i dużej zębatki - kilka zdjęć poniżej.
Czas na łańcuch oraz zębatki i koło oraz + czyszczenie elementów to około 2h.
Nowe zębatki wskoczyły na odpowiednie miejsca, włożyliśmy koło i zarzucilismy łańcuch.
Zakuwarka "zrobiła resztę". Dość precyzyjna robota w którą trzeba włożyć trochę siły. Poprawiliśmy naciąg.

Wszystko wydawało by się gotowe :) ... właśnie... wydawało by się.
Zrzuciliśmy moto z centralnej stopki, przekręcamy kluczyk - dziwne.
Brak lampek informacyjnych na panelu. W ogóle brak prądu. Przecież dopiero co zamontowałem nowiutki aku.
Zaczęliśmy sprawdzać wszystkie możliwości - bo przecież nikt z nas elektryki nie ruszał.
Meniu doszedł do wniosku że skoro nie ma prądu to albo bezpieczniki albo stacyjka. ZŁOŚLIWOŚĆ RZECZY MARTYWCH !! Cholera... tak nie może być.
Już miałem wsiadać na moto a tu takie akcje ? Szczególnie, że on na lekkim kacu i jeszcze zbliża się godzina obiadowa.
Bezpieczniki w puszce głównej sprawne. Kostki sprawdzone i nasmarowane.
Kombinowaliśmy, przekładaliśmy, sprawdzaliśmy multimetrem.
Padł pomysł, aby użyć drugiego kluczyka do moto ze względu na to, że ten mógł się wyrobić, lub nie przesuwał wszystkich zapadek... ewentualnie po prostu stacyjka się spaprała. Dziwiłem się, ze mogło się to stać tak nagle - ale nie dyskutowałem.
Pojechaliśmy po zapasowy klucz. Wróciliśmy, sprawdzamy - nie działa...
Po takim czasie każdy głodny, teraz nerwy - miało pójść gładko a tu przysłowiowy "chuj"!
Po prawie 2,5 h szukania, jeżdżenia, dzwonienia do elektryków, Meniu przypomniał sobie o jeszcze jednej kostce w której są bezpieczniki.
EUREKA! Tego nie sprawdzaliśmy - główny, pierwszy bloczek tylko z jednym 30A bezpiecznikiem...
JEST! Winowajca!
Spalony, aż miło. Z Andrzeja zeszły kolory złości i nagle rozweselił się rzucając wiązankami bluzgów na prawo i lewo :) ale chociaż z uśmiechem na ustach.
Zamieniliśmy bezpiecznik - złożyliśmy moto, sprawdziliśmy wszystkie śruby.
Jazda próbna - prędkość do max 60tki, co by nie rozpieprzyć nowego łańcucha.
Skrzętnie słuchałem odgłosów, sprawdzałem reakcje na dodanie i odejmowanie gazu... jest perfecto! Charakterystyczne "mlaskanie" łańcucha dało o sobie znać.
Będzie żył.
Na zakrętach i na prostych nie szarpie, nie rzuca. Teraz czuje się dużo pewniej.
Wróciłem do garażu, potwierdziłem dobre wykonanie roboty. Poprawiliśmy dla pewności śruby i dałem już mu spokój.
Po wczorajszym melanżu i dzisiejszej pracy był już wykończony. Ja również miałem serdecznie dość.
Szybka runda po mieście i do garażu...
Na dziś koniec...
24 lutego 2014
Ale, ale, ale... czyli rozkmina z początkiem 2014.
Wszystkie głosy, sugestie, budżet a
raczej jego deficyt i sploty wydarzeń upierały się ochoczo oraz zmuszały mnie
by zapomnieć o sezonie motocyklowym w 2014.
W roku ubiegłym decyzja o sprzedaży
Suzuki została podjęta w oparciu o szczytny cel. Ogłoszenie umieszczone wisiało
na jednych ze sławnych portali.
Czekałem, odpowiadałem na zadawane
mi pytania, odpisywałem na maile, odbierałem telefony, umawiałem zainteresowanych
– którzy de fakto nigdy się osobiście nie pojawili.
Raz nawet z Lewym podczas remontu
pokoju dla dziecka, znaleźliśmy moment i usilnie przy chyba -10C staraliśmy się
odpalić Gixa po trzykrotnym ładowaniu akumulatora. Próby spełzły na niczym,
więc po kilku godzinach około 24ciej, specjalnie dzień przed umówionym klientem
odpalaliśmy już moto na baterii z SVki. Sąsiedzi na pewno nie byli zadowoleni z
czasu działania, ale cel uświęca środki. Niestety klient nie przyjechał. Ot, co…
taka sytuacja.
Nie twierdze, że się nie starałem
go sprzedać. Nie śmiem twierdzić również, że gdzieś w środku czułem, że to się
chyba nie uda – nie była to kwestia ceny :)
Oczywiście w między czasie padało milion dziwnych pytań:
- Sprzedam go... ale dziecko to nie koniec świata i nie powinno blokowac mi marzeń które już trzymam w garści.
- Zniżę cenę bo można szybciej sprzedać ... ale zaraz sezon, będzie łatwiej i mam czas, a czas to pieniądz.
- Zostawię sprzęt... ale czy napewno będę jeździł rozważnie ?
- Będę wykonywał tylko krótkie trasy do pracy, żeby zonie samochodu nie zabierać... ale czy przy powrocie do domu nie zrobię małego kółka o średnicy 50 km?
- Części nie kosztują wiele ... ale co gdy mała będzie potrzebowała budżetu bardziej niż Gix ?
Bla, bla, bla...
Oczywiście w między czasie padało milion dziwnych pytań:
- Sprzedam go... ale dziecko to nie koniec świata i nie powinno blokowac mi marzeń które już trzymam w garści.
- Zniżę cenę bo można szybciej sprzedać ... ale zaraz sezon, będzie łatwiej i mam czas, a czas to pieniądz.
- Zostawię sprzęt... ale czy napewno będę jeździł rozważnie ?
- Będę wykonywał tylko krótkie trasy do pracy, żeby zonie samochodu nie zabierać... ale czy przy powrocie do domu nie zrobię małego kółka o średnicy 50 km?
- Części nie kosztują wiele ... ale co gdy mała będzie potrzebowała budżetu bardziej niż Gix ?
Bla, bla, bla...
Nadszedł luty z uderzeniem ciepła i
okryciem wrażenia pełnej wiosny. Jak to stwierdził kolega „mrówki wylazły na
powierzchnie, zimy już nie będzie” Pierwsze motocykle wyjechały na ulicę kusząc
swoimi dźwiękami.
Starałem się znacznie lekceważyć
otoczenie, lecz w ubiegł weekend podczas spaceru na wysokich obrotach
przeleciała koło mnie żółta CBRa.
Przeszło przeze mnie elektryzujące uczucie chłodu oraz ciarki. To był ten moment… gdy doszedłem do wniosku, że jeżeli nie opchnę konia do końca miesiąca to sezon na motocyklu zacznę – ewentualnie go nie skończę, oczywiście z powodu sprzedaży. Innych wydarzeń nie dopuszczam do myśli.
Przeszło przeze mnie elektryzujące uczucie chłodu oraz ciarki. To był ten moment… gdy doszedłem do wniosku, że jeżeli nie opchnę konia do końca miesiąca to sezon na motocyklu zacznę – ewentualnie go nie skończę, oczywiście z powodu sprzedaży. Innych wydarzeń nie dopuszczam do myśli.
Wiele czasu nie brakowało, aby
rozejrzeć się za częściami. W końcu już kilka elementów trzeba wymienić jeszcze
z powodu poprzednich właścicieli.
Napęd zamówiony (zębatki JT + łańcuch
Rk), lada moment odbieram też baterie firmy Varta.
Jak co sezon należało by zmienić
olej wraz z filtrem. DOT 5.1 był wymieniany w poprzednim roku, sprawdzę tylko
kolor, ale ten sezon powinien jeszcze spokojnie nadać się do użytku. Szczególnie,
że cała zima spędzona pod przykryciem w suchutkim garaży przy plusowej
temperaturze około +2C.
Teraz Tomaszek załatwi mi u swojego
kolegi usługę wymiany napędu i… przy pierwszej dobrej okazji trzeba sprawdzić maszinu!!
31 grudnia 2013
27 października 2013
Słaba statystyka z powodu szczęśliwego doświadczenia
Witam i żegnam na dłuższy czas.
Przyznaje szczerze, że nie uczęszczałem ani na motocykl ani na bloga od około 6 tygodni z powodu natłoku ciekawych informacji, różnorodności zdarzeń i pracy.
Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie.
Początkowo był plan sprzedaży motocykla i zamiany na SRADa. Docelowo ciągle plan jest aktualny, ale temat zamiany muszę odłożyć na czas późniejszy.
Gix stoi do sprzedaży nadal, bo szkoda by było gdybym zamroził gotówkę przy pomyśle wymiany na inny, szczególnie gdy jeszcze stoi w cenie.
Wymyty, wyczyszczony, wypieszczony...
W czasie przerwy było trochę pracy i obowiązków rodzinnych, ale o tym nie ma się co rozdrabniać, po prostu życie.
Kilka miechów temu była fajna pogoda, można było skorzystać z wakacji. i faktycznie udało się skorzystać. Więc zamieniam obowiązek jednośladu na rodzicielski ponieważ wstępny termin nowego "cacka" wypada na 8 kwietnia
Więcej pisać nie muszę... przezimujmy to wszystko na spokojnie i do zobaczyska wkrótce!
PS początek sezonu zacznijcie z głową !!
Przyznaje szczerze, że nie uczęszczałem ani na motocykl ani na bloga od około 6 tygodni z powodu natłoku ciekawych informacji, różnorodności zdarzeń i pracy.
Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie.
Początkowo był plan sprzedaży motocykla i zamiany na SRADa. Docelowo ciągle plan jest aktualny, ale temat zamiany muszę odłożyć na czas późniejszy.
Gix stoi do sprzedaży nadal, bo szkoda by było gdybym zamroził gotówkę przy pomyśle wymiany na inny, szczególnie gdy jeszcze stoi w cenie.
Wymyty, wyczyszczony, wypieszczony...
W czasie przerwy było trochę pracy i obowiązków rodzinnych, ale o tym nie ma się co rozdrabniać, po prostu życie.
Kilka miechów temu była fajna pogoda, można było skorzystać z wakacji. i faktycznie udało się skorzystać. Więc zamieniam obowiązek jednośladu na rodzicielski ponieważ wstępny termin nowego "cacka" wypada na 8 kwietnia
Więcej pisać nie muszę... przezimujmy to wszystko na spokojnie i do zobaczyska wkrótce!
PS początek sezonu zacznijcie z głową !!
LWG
6 września 2013
Czas na pas
Piątek rano po przebudzeniu miałem jakieś takie poszarpane myśli. Coś bym zrobił, ale nie wiedziałem co.
Poranek był w sumie rześki, pełen mocy atomowej :) w końcu PIĄTECZEK!
TAK JEST! Piątunio.
Więc jak co dzień rano - papa poszła do umycia, lajtowe śniadanie, wyprawka dla żony i dalej mam 15 min do wyjścia :) TV na wiadomości nie włączam, wiec myślę co tu jeszcze ogarnąć.
Mam! po prostu podniosę rolety. Po kalkulacji zajmie to jakieś dodatkowe 3-4 min.... ale, ale! Mój drogi, co to się porobiło? Słońce? Data wrześniowa z rana gdzie to spokojnie można nasikać gimbusowi na plecak - 06/09/2013 6:23 jasno, chyba ciepło i słoneczkoooooo??? Excellent!
Plan sam wskoczył na banie... zabieram moto, strzele parę kółek po mieście przed pracą dla mocniejszej pobudki, zaciągnę zapach spalin i na 8h do roboty :) może później krótka trasa ?
Dość myślenia, czas działać.
Do zrobienia kilka akcji:
- SMS do kierowcy że z nim nie jade - OK
- Spakować plecak do roboty z żarciem, identyfikatorem i butami - OK
- Klucze, kurtka, kask, łapy - OK
6:30 wychodze. Zszedłem na doł, było ciepło- gdy wiatr nie wiał :)
W garażu czekał Gix, wyprowadzony odpalony zaczynał się grzać. Założyłem resztę ubioru, zapiąłem zamki i w drogę. Mam 20min, czasu mnóstwo. Zawinąłem 2 razy po mieście większe kółko i pojechałem przez Broniewskiego do roboty.
Prace drogowe nad stworzeniem ronda przy ul. Różanej dalej trwają i powstają potężne korki. Do tego jeszcze ruch wahadłowy.
Ale każdy zna możliwości dwukołowców, wcisną się wszędzie. Wyminięcie aut przy komendzie do mostu + przejazd do świateł udało się zrobić tylko z jednym przystankiem. Gdy czekałem cierpliwie na swoją kolej nuciłem sobie Hallowed be thy name grupy Iron Maiden stukając obcasami o asfalt... Tak samo jak cierpliwie stałem, tak samo cierpliwie marzłem... Nie było jednak tak ciepło jak to sie wydawało z perspektywy siedzenia w domu za szklaną tarczą.
Poprawiłem kurtkę, sprawdziłem koszulkę i bluze - na szczęście w spodniach. Przyszła do mnie myśl:
Kolego... czas chociaż na pas.
Na wylocie trasy prowadzącej do lotniska depnąłem sobie około 140, w jeansach + kurtka tekstylna.
I co ? Przydało by sie coś pod spodnie, kurtke i jednak pas... Tak jest, pas nerkowy to nie byle gówniany gadżet. Cholernie przydatna sprawa. A o tym jeszcze bardziej przekonałem się jak już dojechałem pod prace. Łapy chłodne, plecy zmarznięte, w krzyżu czuć zmrożenie - może to tylko ból po wczorajszym treningu? nie wiem, okaże się wieczorem.
Dupsko zmarznięte... ale jaka frajda :)
Poranek był w sumie rześki, pełen mocy atomowej :) w końcu PIĄTECZEK!
TAK JEST! Piątunio.
Więc jak co dzień rano - papa poszła do umycia, lajtowe śniadanie, wyprawka dla żony i dalej mam 15 min do wyjścia :) TV na wiadomości nie włączam, wiec myślę co tu jeszcze ogarnąć.
Mam! po prostu podniosę rolety. Po kalkulacji zajmie to jakieś dodatkowe 3-4 min.... ale, ale! Mój drogi, co to się porobiło? Słońce? Data wrześniowa z rana gdzie to spokojnie można nasikać gimbusowi na plecak - 06/09/2013 6:23 jasno, chyba ciepło i słoneczkoooooo??? Excellent!
Plan sam wskoczył na banie... zabieram moto, strzele parę kółek po mieście przed pracą dla mocniejszej pobudki, zaciągnę zapach spalin i na 8h do roboty :) może później krótka trasa ?
Dość myślenia, czas działać.
Do zrobienia kilka akcji:
- SMS do kierowcy że z nim nie jade - OK
- Spakować plecak do roboty z żarciem, identyfikatorem i butami - OK
- Klucze, kurtka, kask, łapy - OK
6:30 wychodze. Zszedłem na doł, było ciepło- gdy wiatr nie wiał :)
W garażu czekał Gix, wyprowadzony odpalony zaczynał się grzać. Założyłem resztę ubioru, zapiąłem zamki i w drogę. Mam 20min, czasu mnóstwo. Zawinąłem 2 razy po mieście większe kółko i pojechałem przez Broniewskiego do roboty.
Prace drogowe nad stworzeniem ronda przy ul. Różanej dalej trwają i powstają potężne korki. Do tego jeszcze ruch wahadłowy.
Ale każdy zna możliwości dwukołowców, wcisną się wszędzie. Wyminięcie aut przy komendzie do mostu + przejazd do świateł udało się zrobić tylko z jednym przystankiem. Gdy czekałem cierpliwie na swoją kolej nuciłem sobie Hallowed be thy name grupy Iron Maiden stukając obcasami o asfalt... Tak samo jak cierpliwie stałem, tak samo cierpliwie marzłem... Nie było jednak tak ciepło jak to sie wydawało z perspektywy siedzenia w domu za szklaną tarczą.
Poprawiłem kurtkę, sprawdziłem koszulkę i bluze - na szczęście w spodniach. Przyszła do mnie myśl:
Kolego... czas chociaż na pas.
Na wylocie trasy prowadzącej do lotniska depnąłem sobie około 140, w jeansach + kurtka tekstylna.
I co ? Przydało by sie coś pod spodnie, kurtke i jednak pas... Tak jest, pas nerkowy to nie byle gówniany gadżet. Cholernie przydatna sprawa. A o tym jeszcze bardziej przekonałem się jak już dojechałem pod prace. Łapy chłodne, plecy zmarznięte, w krzyżu czuć zmrożenie - może to tylko ból po wczorajszym treningu? nie wiem, okaże się wieczorem.
Dupsko zmarznięte... ale jaka frajda :)
Przed pracą :)
PS Trasa powrotna ze względu na korki jak już wspominałem w sumie wygląda tak :)
28 sierpnia 2013
Dwie nowe trasy
Sprawdzone trasy Ińsko, Węgorzyno, Chociwel, Puszcza Bukowa, Kobylanka S3, Grabowo już znane. Czas na coś nowego.
Skontaktowałem się z Tomkiem K. (niebieskie SV) . Czas na sprawdzenie nowych kierunków. Pierwszy start na Pyrzyce. Droga nie zajęła by wiele gdyby nie roboty drogowe i koleiny na długości ~3km. Po za tymi detalami jechało się bardzo rzeczowo. Zakręty gdzie można było depnąć i zakręty gdzie trzeba było zwolnić. Proste gdzie leciało się bez skrupułów i takie gdzie warto było bardzo uważać.
Druga traska to wyjazd z ZST na Bydgoszcz, nowy asfalt, szerokie dobrze wyprofilowane łuki. Idealnie. W Wapnicy skręciliśmy w lewo i wydaję mi się, że miejscowość to Ognica - tam znaleźliśmy świetne jeziorko z dobrym dojściem i boiskiem do siaty :)
Będzie gdzie przyjeżdżać szczególnie że jakość dojazdy jest o niebo lepsza niż odcinek pomiędzy Chociwlem a Ińskiem.
Skontaktowałem się z Tomkiem K. (niebieskie SV) . Czas na sprawdzenie nowych kierunków. Pierwszy start na Pyrzyce. Droga nie zajęła by wiele gdyby nie roboty drogowe i koleiny na długości ~3km. Po za tymi detalami jechało się bardzo rzeczowo. Zakręty gdzie można było depnąć i zakręty gdzie trzeba było zwolnić. Proste gdzie leciało się bez skrupułów i takie gdzie warto było bardzo uważać.
Druga traska to wyjazd z ZST na Bydgoszcz, nowy asfalt, szerokie dobrze wyprofilowane łuki. Idealnie. W Wapnicy skręciliśmy w lewo i wydaję mi się, że miejscowość to Ognica - tam znaleźliśmy świetne jeziorko z dobrym dojściem i boiskiem do siaty :)
Będzie gdzie przyjeżdżać szczególnie że jakość dojazdy jest o niebo lepsza niż odcinek pomiędzy Chociwlem a Ińskiem.
25 sierpnia 2013
Airport again...
Wymyty, wychuchany czekał
na kolejne wybryki - i doczekał się. Parę dni temu ponownie odwiedziłem lotnisko tym
razem z Żyłką. Polataliśmy ile polatać mogliśmy. Ciągle szybka prosta i
kilka szybkich zwrotów + ósemki. O staniu na kole mogę zapomnieć przy
tej masie maszyny więc tą naukę od razu sobie odpuszczam. Patrząc na nawierzchnie czasem ogarniał mnie lęk. Piach, kamyki, żwir i łączenia płyt na prostym odcinku problemu wielkiego nie robią - chociaż najwięcej wypadków na zwykłej prostej. Przy zakrętach jednak można było odczuć.
21 sierpnia 2013
O poprawkach i pogodzie.
Od 30 lipca jakoś nie miałem czasu
opisywać co to się w życiu płynnym dzieje. Tak, minęło swobodnie 22 dni,
które strzeliły jak z bata. Pomijając ulotność czasu, którą można
odczuć zauważając przemijające tygodnie po "straconych" weekendach,
bardziej martwi mnie pogoda. Zaczyna dawać się we znaki chłód, syf na nawierzchni, spadające liście i... zapach jesieni. Zapach jesieni? W sierpniu, takie rzeczy? Opowiadali, że jesień będzie teraz intensywnie startowała ze swoimi przemianami już we wrześniu... ale sierpień?
Jeszcze kilka dobrych lat temu w tym miesiącu można było pojechać na melanżowy biwak i bez obaw skorzystać z motelu typu namiot. A tu takie rzeczy. Wybitnie wkurwiającym momentem jest to, że wraz z jesienią kończy się sezon. Z pewnością uda się jeszcze wystrzelić na przelot w jakiś cieplejszy dzień... ale jednak słota, mokre liście, chłód przebijający przez łączenia w kombi... nie kojarzy się to dobrze... ale tak natura chce, tak musi być.
Wracając do pozycji z przed 3 tygodni -> podnóżek przyszedł, został zamontowany, działa jak należy, choć wielkiej pozycji w spisie elementów nie pełni - jestem zadowolony z jego posiadania :) koszt części to 30zł, robocizna własna.
Udało się kilka razy wskoczyć na asfalt, lecz ze względu na przygody z wakacji, nie bardzo posiadam kompana do dłuższych podróży. Lewy uległ niefortunnemu wypadkowi i skręcił sobie bardzo poważnie kostkę w Chorwacji... głupia sprawa.
Tomaszek i inni nie bardzo mają czas, lub też kasę na grubsze wypady. Skorzystałem z okazji i polatałem po okolicznych miejscowościach do 60km oddalonych od domku.
W między czasie coś strasznie zaczęło mi stukać. Odgłos był typowo metaliczny i zastanawiałem się, co może powodować ten oddźwięk. Podczas gdy naciskam gaz, nic się nie dzieje i nic nie słuchać. Puszczam manetkę, lub na wybojach coś jednak stuka... Dotarło do mnie, że łańcuch który mam powinien być już wymieniony na nowy, choć szukam jednak oszczędności do nowego sezonu, dlatego też go nie ruszałem.
Z półtora tygodnia temu poszedłem do garażu go naciągnąć. Postawiony na stopce centralnej, czekał na operację. Odkręciłem 2 śruby lekko poluzowałem sworzeń. Obróciłem koło, aby znaleźć tzw "tight spot" naciągu łańcucha. gdy doszedłem do tego momentu pociągnąłem felgę do siebie o jeden punkt oznaczenia. Dokręciłem śruby i udałem się na przejażdżkę - przestało stukać, niby sukces ale jednak jedzie się inaczej. Mianowicie przy dodawaniu gazu, lekko "skacze do przodu". jestem pewny, że łańcuch raz na obrót naciąga się i puszcza... w sumie nadaje się już tylko do śmietnika.
2 dni temu odezwał się do mnie stary znajomek z treningów BJJ który opowiedział mi, iż została otwarta świetna nowa właśnie do Nowego Warpna. Skłania mnie to do refleksji i motywacji, żeby w końcu mimo wszystko wystartować te 120km nawet z rozciągniętym łańcuchem. Wydaję mi się, że zarezerwuję sobie jeden pełny dzień i nawet gdyby nikt ze mną nie chciał pojechać wybiorę się sam.
Jeszcze kilka dobrych lat temu w tym miesiącu można było pojechać na melanżowy biwak i bez obaw skorzystać z motelu typu namiot. A tu takie rzeczy. Wybitnie wkurwiającym momentem jest to, że wraz z jesienią kończy się sezon. Z pewnością uda się jeszcze wystrzelić na przelot w jakiś cieplejszy dzień... ale jednak słota, mokre liście, chłód przebijający przez łączenia w kombi... nie kojarzy się to dobrze... ale tak natura chce, tak musi być.
Wracając do pozycji z przed 3 tygodni -> podnóżek przyszedł, został zamontowany, działa jak należy, choć wielkiej pozycji w spisie elementów nie pełni - jestem zadowolony z jego posiadania :) koszt części to 30zł, robocizna własna.
Udało się kilka razy wskoczyć na asfalt, lecz ze względu na przygody z wakacji, nie bardzo posiadam kompana do dłuższych podróży. Lewy uległ niefortunnemu wypadkowi i skręcił sobie bardzo poważnie kostkę w Chorwacji... głupia sprawa.
Tomaszek i inni nie bardzo mają czas, lub też kasę na grubsze wypady. Skorzystałem z okazji i polatałem po okolicznych miejscowościach do 60km oddalonych od domku.
W między czasie coś strasznie zaczęło mi stukać. Odgłos był typowo metaliczny i zastanawiałem się, co może powodować ten oddźwięk. Podczas gdy naciskam gaz, nic się nie dzieje i nic nie słuchać. Puszczam manetkę, lub na wybojach coś jednak stuka... Dotarło do mnie, że łańcuch który mam powinien być już wymieniony na nowy, choć szukam jednak oszczędności do nowego sezonu, dlatego też go nie ruszałem.
Z półtora tygodnia temu poszedłem do garażu go naciągnąć. Postawiony na stopce centralnej, czekał na operację. Odkręciłem 2 śruby lekko poluzowałem sworzeń. Obróciłem koło, aby znaleźć tzw "tight spot" naciągu łańcucha. gdy doszedłem do tego momentu pociągnąłem felgę do siebie o jeden punkt oznaczenia. Dokręciłem śruby i udałem się na przejażdżkę - przestało stukać, niby sukces ale jednak jedzie się inaczej. Mianowicie przy dodawaniu gazu, lekko "skacze do przodu". jestem pewny, że łańcuch raz na obrót naciąga się i puszcza... w sumie nadaje się już tylko do śmietnika.
2 dni temu odezwał się do mnie stary znajomek z treningów BJJ który opowiedział mi, iż została otwarta świetna nowa właśnie do Nowego Warpna. Skłania mnie to do refleksji i motywacji, żeby w końcu mimo wszystko wystartować te 120km nawet z rozciągniętym łańcuchem. Wydaję mi się, że zarezerwuję sobie jeden pełny dzień i nawet gdyby nikt ze mną nie chciał pojechać wybiorę się sam.
30 lipca 2013
Przykro mi, nie ma.
Wróciłem 21/07 z urlopu w Chorwacji i tak jak planowałem udałem się we wtorek (23/07) do sklepu motocyklowego z utęsknieniem. Oczywiście czekałem również na mój podnóżek który został zamówiony.
Wysłana kartka pocztowa z pięknym widokiem jeszcze nie dotarła, ale podarowałem im po Chorwackim browarze, na polepszenie humorów które i tak są dość cięte. Wymiana kilku krótkich opowieści jak to tam było wspaniale itd...
Do rzeczy - przyniosłem ze sobą cały set aby przymierzyć potrzebną część. Otrzymałem od Dawida pakunek i co się okazało. Element ściągnięty typowo pod zamówienie... nie pasował. Był on w rozmiarze miał około 15-16mm, GIX niestety potrzebuje 13mm.
Sprawdzaliśmy wszystkie podnóżki jakie w ogóle mają na stanie i żaden z nich nie pasował rozmiarowo. Trochę się zawiodłem na producentach nawet uniwersali. Prawda jest taka, że na żadnym z opakowań nie było napisane do czego może być używane, brak również tabeli z rozmiarami.
Dawid zadeklarował się, że zamówi mi podnóżki z niemieckiej firmy. Zgodziłem się, ale czas oczekiwania do około 2 tygodni. Do tego czasu jednak Lewy ze względu na swoją poważnie skręcona kostkę podczas wakacji był na tyle życzliwy, że pożyczył mi moto. Mimo wszystko wolałbym, żeby jeździł ze mną - czymś na pewno mógłbym prowizorycznie zastąpić podnóżek na czas dostawy.
Już był pomysł ucięcia miedzianej rurki, ściśnięcia na końcu i przewiercenia aby przełożyć klin.
Moto wziąłem dnia następnego bo pokusa jazdy była nieokiełznana i z dnia na dzień ochładzało się coraz bardziej - trzeba korzystać.
2 razy pojechałem z żonką do Ińska, z 2 razy byłem w robocie i tak to leciało.
Jak wspomniałem na zamówienie miałem czekać dwa tygodnie gdy ktoś odpisał 26/07 na wiele wcześniej wysłanego przeze mnie maila, stwierdzając że sprawdził wymiary i ma dla mnie podnóżek. Zadzwoniłem do Dawida z zapytaniem jak progres z moim zamówieniem. Z przykrością stwierdził, że chyba sie nie uda bo ciągle czekają. Oznajmiłem mu, że będę brał używkę. Nie miał nic przeciwko.
Dogadaliśmy transakcję z człowiekiem znalezionym na "tablicy", przelałem 30zł na konto (niby nie wiele, ale nowy komplet gdyby pasował kosztował 79zł) i dziś dostałem paczkę.
Trzeba będzie oddać moto lewemu i naprawić swoją bestie. Musimy w końcu rzucić się w kilka miejsc dalej położonych niż tylko 50km od domku.
Wysłana kartka pocztowa z pięknym widokiem jeszcze nie dotarła, ale podarowałem im po Chorwackim browarze, na polepszenie humorów które i tak są dość cięte. Wymiana kilku krótkich opowieści jak to tam było wspaniale itd...
Do rzeczy - przyniosłem ze sobą cały set aby przymierzyć potrzebną część. Otrzymałem od Dawida pakunek i co się okazało. Element ściągnięty typowo pod zamówienie... nie pasował. Był on w rozmiarze miał około 15-16mm, GIX niestety potrzebuje 13mm.
Sprawdzaliśmy wszystkie podnóżki jakie w ogóle mają na stanie i żaden z nich nie pasował rozmiarowo. Trochę się zawiodłem na producentach nawet uniwersali. Prawda jest taka, że na żadnym z opakowań nie było napisane do czego może być używane, brak również tabeli z rozmiarami.
Dawid zadeklarował się, że zamówi mi podnóżki z niemieckiej firmy. Zgodziłem się, ale czas oczekiwania do około 2 tygodni. Do tego czasu jednak Lewy ze względu na swoją poważnie skręcona kostkę podczas wakacji był na tyle życzliwy, że pożyczył mi moto. Mimo wszystko wolałbym, żeby jeździł ze mną - czymś na pewno mógłbym prowizorycznie zastąpić podnóżek na czas dostawy.
Już był pomysł ucięcia miedzianej rurki, ściśnięcia na końcu i przewiercenia aby przełożyć klin.
Moto wziąłem dnia następnego bo pokusa jazdy była nieokiełznana i z dnia na dzień ochładzało się coraz bardziej - trzeba korzystać.
2 razy pojechałem z żonką do Ińska, z 2 razy byłem w robocie i tak to leciało.
Jak wspomniałem na zamówienie miałem czekać dwa tygodnie gdy ktoś odpisał 26/07 na wiele wcześniej wysłanego przeze mnie maila, stwierdzając że sprawdził wymiary i ma dla mnie podnóżek. Zadzwoniłem do Dawida z zapytaniem jak progres z moim zamówieniem. Z przykrością stwierdził, że chyba sie nie uda bo ciągle czekają. Oznajmiłem mu, że będę brał używkę. Nie miał nic przeciwko.
Dogadaliśmy transakcję z człowiekiem znalezionym na "tablicy", przelałem 30zł na konto (niby nie wiele, ale nowy komplet gdyby pasował kosztował 79zł) i dziś dostałem paczkę.
Trzeba będzie oddać moto lewemu i naprawić swoją bestie. Musimy w końcu rzucić się w kilka miejsc dalej położonych niż tylko 50km od domku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpg)


.jpg)










